Prawo naturalne jest porządkiem stojącym wyżej, a przynajmniej – który powinien stać wyżej nad prawem pozytywnym, czyli ustanawianym – i - zgodnie z zasadą „omne trinum perfectum” czyli wszystko co potrójne, jest doskonałe – który obejmuje potrójny katalog praw: życie, wolność i własność. Zilustruję to przykładem, wskazującym zarazem, że demokracja polityczna może być bezpiecznie praktykowana wyłącznie w otoczeniu niedemokratycznym. Wyobraźmy sobie, że wszyscy posłowie na Sejm urodzili się w latach parzystych. Kiedy to sobie uświadomili, jednomyślnie uchwalili ustawę, według której majątek obywateli urodzonych w latach nieparzystych podlega konfiskacie i przejęciu przez obywateli urodzonych w latach parzystych. Z punktu widzenia demokracji wszystko jest w najlepszym porządku; ustawę uchwalił Sejm zgodnie ze swoimi kompetencjami, uchwalił ją jednomyślnie, oparł na czynniku obiektywnie istniejącym i łatwo sprawdzalnym. A jednak czujemy, że ta ustawa coś narusza. A co konkretnie? Ano właśnie – co najmniej dwa prawa z naszego katalogu praw naturalnych: wolność i własność. Dlatego demokracja może bezpiecznie istnieć tylko w towarzystwie porządku nomokratycznego, który nie jest i nie powinien być poddawany żadnym glosowaniom – choćby dlatego, że przez głosowanie nie można wyeliminować zdolności ludzi do wytwarzania bogactwa i dysponowania nim – co w przełożeniu na język prawa nazywa się własnością. Socjalizm tymczasem w swojej istocie polega przynajmniej na zlekceważeniu praw naturalnych – a w swoich formach ekstremalnych, jak bolszewizm czy narodowy socjalizm – na zanegowaniu tego porządku.

 

W związku z tym socjalizm musi posługiwać się tresurą, aby – jak to mówił Huxley - „zmusić wykształconych Europejczyków, by postępowali jak Dajakowie lub Eskimosi. Jest to próba skazana na niepowodzenie, ale zanim to nastąpi, ileż radości dostarczy inicjatorom znęcanie się nad heretykami!”. Zwłaszcza w strategii zaproponowanej przez Antoniego Gramsciego, przy pomocy której rewolucja komunistyczna prowadzona jest obecnie – masowe duraczenie wysuwa się na plan pierwszy, a pierwszym krokiem na drodze masowego oduraczania jest uzyskanie panowania nad językiem mówionym – co właśnie dzieje się na naszych oczach, w postaci wprowadzania obowiązkowych albo „dopuszczalnych” sformułowań i karanie używania sformułowań niedopuszczalnych pod pretekstem „nienawiści” lub rozmaitych „fobii”.


   Jednym z elementów socjalizmu jest subwencjonowanie tak zwanej „kultury”, czyli przemysłu rozrywkowego, przez władze publiczne z pieniędzy, które uprzednio wydarły podatnikom. Subwencjonowanie „kultury” działa demoralizująco na osoby zatrudnione w przemyśle rozrywkowym, które te subwencje uważają za rodzaj swoich „praw nabytych”, w związku z czym nie muszą już zabiegać o aprobatę publiczności, dla której teoretycznie pracują. Jeśli o coś jeszcze muszą zabiegać, to o regulacje prawne, które gwarantowałyby im te subwencje, no i o  przychylność urzędników, którzy tymi subwencjami administrują. Ci urzędnicy też mają swoje oczekiwania i w najlepszym razie korumpują pracowników przemysłu rozrywkowego, by w zamian politycznie ich wspierali, albo też wykorzystują – również seksualnie – co jest nie tylko tajemnicą poliszynela, ale nawet trafiło do literatury w postaci fragmentu nieśmiertelnego poematu „Bania w Paryżu”: „przez łóżek sto przechodzi szparko, stając się damą i pisarką”.


   Ostatnio z Muzeum Narodowego w Warszawie usunięte zostały przez dyrektora Jerzego Miziołka fotografie wykonane przez niejaką „Natalię LL”, zatytułowane „Sztuka konsumpcyjna”, a przedstawiające  rozebraną panienkę, która na rozmaite sposoby zjada banana, niedwuznacznie wskazując, że ten owoc jest tylko atrapą męskiego penisa. Drugie dzieło wykonała Katarzyna Kozyra, która już wcześniej fotografowała się na golasa, i swoje obrośnięte włosami łonowymi krocze prezentowała jako dzieło sztuki. Tym razem pani Kozyra zaprezentowała dzieło pod tytułem” Pojawienie się Lou Salome”.  Przeciwko decyzji dyrektora Miziołka zaprotestowały „gwiazdy” płci obojga, to znaczy – pracownicy, a często nawet wyrobnicy przemysłu rozrywkowego, którzy  2 maja zamierzają urządzić Narodowy Dzień Jedzenia Bananów”. Ze zwiastunów zaprezentowanych w „Onecie” niedwuznacznie wynika, że przy użyciu bananów będzie zaprezentowany spektakl tak zwanego „obciągania lachy”.


   Ja rozumiem, że obciąganie lachy wśród pracowników przemysłu rozrywkowego może uchodzić za szalenie ekscytujące, zwłaszcza po stronie tych, których lachy są w ten sposób przez „gwiazdy” obciągane, ale dlaczego takie widowiska miałyby być pokazywane w Muzeum Narodowym, utrzymywanym z pieniędzy ludzi, którzy być może w innych warunkach nie daliby na te produkcje złamanego grosza?  Janusz Głowacki  w jednym z opowiadań przytacza taki dialog: „O czym pisze ten Maks F.? - O wojnie. - O wojnie? Mnie raz Niemcy też postawili pod ścianą; zesrałem się oczywiście, ale żeby to zaraz opisywać?” Czy zatem w Muzeum Narodowym naprawdę powinny być eksponowane wizerunki, dajmy na to, pani Magdaleny Cieleckiej, która na bananie pokazuje, jak obciąga lachę? Nie ma takiej konieczności, a jeśli na tym tle występują nieporozumienia, to tylko dlatego, że to nieszczęsne Muzeum jest państwowe. Gdyby takie nie było, to ani pani Kozyra, ani żadna inna nie miałaby roszczenia, by jej produkcje tam eksponować, bo o tym decydowałby właściciel, który kierowałby się perspektywą zarobku, albo własnym gustem. Toteż w jednych salach wystawowych mogłyby pojawiać się fotografie z bananami, albo nawet bez bananów, tylko po prostu – zdjęcia z obciągania lach należących do celebrytów, albo nawet „wydarzenia” polegające na obciąganiu lachy na oczach rozbawionej publiczności, która by na to widowisko kupiła sobie bilety, ale w innych prezentowane byłyby dzieła trochę ambitniejsze. Wtedy panowałby pluralizm, a wolność ekspresji zostałaby zagwarantowana bez konieczności gwałcenia innego prawa naturalnego w postaci wolności, obejmującej również swobodę dysponowania  własnym pieniędzmi. Być może zrozumienie takich prostych rzeczy jest zbyt trudne dla cieleckich, ale właściwie dlaczego mielibyśmy kierować się cieleckim rozeznaniem?