Bohaterka noweli to dziewczę rubensowskich kształtów i leciusieńkich obyczajów. Przed nią podróż zatłoczonym dyliżansem. Musi jak najszybciej opuścić okupowane przez Prusaków Dieppe. „Baryłeczka” ma dobre serduszko, toteż dzieli się wygłodniałymi współpasażerami jedzeniem. Jakże są nagle milutcy, wręcz nadskakujący! Nadchodzi noc, a pewien pruski kapitan pojawia się i cóż? Przepuści dyliżans tylko pod warunkiem bezpośredniego dostępu do wdzięków dziewczęcia. Ona mówi „nie”, ale współpasażerowie nalegają, by się poświęciła dla wspólnego dobra. Skoro dla dobra – to zgadza się ona naiwnie, a po niedługim czasie dyliżans rusza w dalszą drogę. Tyle, że „Baryłeczka” nie zabrała ze sobą jedzenia – tak niedawno jeszcze służalczo mili współpasażerowi odwracają się od niej z odrazą. Żaden z nich nie ofiaruje głodnej, zbrukanej dziewczynie nawet kruszyny chleba.

W wieku XIX – w życiu i w literaturze byli jeszcze dawcy oraz biorcy. Wiek XX ustalił prymat biorców nad dawcami. Na początku naszego stulecia zostali już chyba tylko honorowi dawcy krwi oraz biorcy-czego-się-tylko-da. Myliłam się jednak.

Wydarzenia ostatnich tygodni uświadomiły mi, ilu dobrych, szlachetnych, spieszących z bezinteresowną pomocą po prostu Ludzkich Ludzi (sic!) jest wokół. Święty Marcin był skory podzielić się płaszczem w tym celu rozdartym na pół, a tu – oddaliby ów symboliczny płaszcz, serce całe. Doznałam Dobroci Bezwarunkowej – również od moich wiernych P.T. Czytelników. Tak szlachetne uczynki trudno jest czynić nie tylko dlatego, że potrzeba do niego wysiłku. Dobro wymaga ono wielkiego nakładu pracy, poświęcenia, heroizmu!
 
„Aby czynić dobro, trzeba mieć odrobinę odwagi, być gotowym na zniesienie każdego upokorzenia i nigdy nikogo nie upokarzać, być zawsze życzliwym.” – napisał jeden z najświetniejszych pedagogów XIX-wieku. Tak, ks. Jan Bosco. O nim właśnie mówię. Dobro pojmowane intuicyjnie brzmi podejrzanie klarownie i wprawić może w stan absolutnego zadziwienia.

Wcześniej było o „Baryłeczce” w kontekście literackim, olśniło mnie jednak w kwestii beczki w wymiarze filozoficznym: u Schopenhauera było o dobru absolutnym jako sprzeczności, jako beczce Danaid, nieistnieniu dobra absolutnego, lecz tylko dobra tymczasowego. I tym razem – choć z racji moich pasji retorycznych ze spokojem oraz rozważnie zazwyczaj wczytuję się w rzeczonego filozofa, ręce mi się zatrzęsły, a tachykardia etyczna dała o sobie znać.

(...)

A w końcu co z tą beczką Danaid? Dziurawa była, a rzeczone Danaidy musiały ją napełniać oraz napełniać bez końca w Tartarze (albo nosić w wodę), bowiem były morderczyniami swych mężów. Mnie akurat w przypływie realizmu kojarzy się mityczna beczka z naczyniem Ponceleta / Danaidą i mierzeniem natężenia przepływu cieczy.

Może wrócę jednak do lektury św. Tomasza z Akwinu omijając ciernie klasyki literatury pięknej? Każdy z nas podróżował – to ucieczka – takim metaforycznym dyliżansem mając jakąś „Baryłeczkę” za współtowarzyszkę niedoli.

Czy – gdyby to od nas zależało - inaczej brzmiałoby zakończenie noweli Maupassanta?

Marta Cywińska, "Cywińska na prawym" (fragment)