Komunistyczna rewolucja, którą w Europie forsują dzisiaj przede wszystkim instytucje Unii Europejskiej, a w Ameryce – lewicowi Amerykanie i Żydzi, póki co jednak stara się ukrywać za parawanem haseł wolnościowych – że to niby walczymy z „wykluczeniem”, „stygmatyzacją”, czy wreszcie – z „antysemityzmem” i „ksenofobią” - ale coraz bardziej widoczną konsekwencją tej walki jest gwałtowne kurczenie się obszarów wolności i to nie tylko swobody wypowiedzi, ale również – wolności gospodarczej, która – w połączeniu z własnością prywatną - jest wszak gwarantką autonomii jednostki wobec państwa. Co tu bowiem mówić o autonomii jednostki wobec władzy publicznej, skoro jeszcze 120 lat temu tzw. „dzień wolności podatkowej”, a więc moment, gdy człowiek zarobił na podatki, jakich wymagało od niego państwo, dla wiejskiego kowala w Galicji, będącej częścią najbardziej fiskalnego państwa w ówczesnym świecie, przypadał na przełomie stycznia i lutego, podczas gdy dzisiaj – w połowie roku, a i to tylko pod warunkiem, że bierze się pod uwagę tylko podatki, pomijając inne świadczenia przymusowe, jak np. tzw. „składkę” na ubezpieczenie społeczne.

Kiedy w roku 1995 w Centrum Adama Smitha podliczyliśmy wszystkie przymusowe świadczenia, jakie obciążały rodzinę pracowników najemnych, okazało się, że jest to 83 procent jej rocznego dochodu. W takich warunkach o żadnej „autonomii jednostki” wobec władzy publicznej nie ma mowy; jej uzależnienie jest całkowite, a cała polityczna demokracja sprowadza się do tego, że taki jeden z drugim „suweren”, może wybrać sobie między jednym ciemiężycielem, a drugim – bo legalnej możliwości likwidacji ucisku nie ma. Dość przypomnieć, że ustawa o referendum stanowi, iż można tą metodą rozstrzygać różne sprawy - ale zgodnie z art. 63 ust. 2 ustawy z 2003 roku o referendum, przedmiotem referendum z inicjatywy obywateli nie mogą być wydatki i dochody państwa, w szczególności podatki i inne daniny publiczne. Maurycy Rothbard uznawał to za koronny argument przeciwko teorii umowy społecznej: znieśmy przymus płacenia podatków, to zaraz się przekonamy, czy istnieje jakaś umowa społeczna, czy nie. Jak dotąd żaden zwolennik teorii umowy społecznej takiego eksperymentu nie zaryzykował, więc nawet oni nie są chyba do końca jej pewni.

Muszę powiedzieć, że z przykrością obserwuję degrengoladę polityczną i moralną Platformy Obywatelskiej, której część wywodzi się ze środowiska gdańskich liberałów, co do których w 1989 roku żywiłem złudzenia, że zależy im na wolności. Niestety w ich przypadku w całej rozciągłości potwierdziła się przestroga, że pieniądze psują charakter, zwłaszcza temu, który go miał – czego w przypadku wielu członków KLD już nie można było mieć pewności, a w przypadku PO, to już chyba wobec wszystkich. W rezultacie Platforma Obywatelska nie ma już żadnej ideologii, a tę ideową pustkę maskuje deklamowaniem haseł o przynależności „do Europy”, podczas gdy nie o żadną „Europę” tu przecież chodzi, a o polityczny eksperyment wielkimi krokami zmierzający w stronę faszyzmu. Wbrew dość rozpowszechnionemu za sprawą państwowego monopolu edukacyjnego przeświadczeniu, faszyzm wcale nie polega na tym, że ktoś nie lubi Żydów, czy podnosi rękę w rzymskim salucie, tylko na przekonaniu, że państwu wszystko wolno. Myślę, że to duraczenie całych pokoleń młodzieży jest działaniem celowym, żeby tym łatwiej było ją zoperować promotorom komunistycznej rewolucji, którzy u nas odwoływania się do komunizmu i nazizmu wprawdzie formalnie zakazują, ale pod płaszczykiem politycznej poprawności forsują go na całego. Zaczyna się to na pozór niewinnie, od wprowadzenia zasady, że jeśli jeden człowiek chce coś powiedzieć drugiemu, ale nie na ucho, tylko za pośrednictwem radia, czy telewizji, to najpierw musi poprosić o pozwolenie trzeciego. Dlaczego ten trzeci przyznał sobie prawo decydowania o tym, co jeden człowiek może powiedzieć drugiemu – tego inaczej, jak przekonaniem, że „państwu” wszystko wolno, wytłumaczyć niepodobna. Innym przykładem takiej uzurpacji jest chociażby regulowanie czasu. Rzekome korzyści, czy oszczędności są tylko zasłoną dymną, bo tak naprawdę chodzi o tresurę: widzicie – z dnia na dzień przesuniemy astronomiczny czas o godzinę, a państwowe urzędy funkcjonujące pod szyldem naukowych instytutów, z całą powagą będą to potwierdzały, „z dokładnością do pół sekundy”.

Z taką zuchwałą kradzieżą szyldu mieliśmy do czynienia przy okazji rozpoczęcia przez Donalda Tuska kampanii prezydenckiej. W charakterze impresaria i konsyliarza wybrał on sobie w korcu maku niejakiego pana Leszka Jażdżewskiego, który w cywilu dekuje się na posadzie redaktora magazynu „Liberte”, co by sugerowało, że jest wolnościowcem. Ale już rzut oka na sponsorów tego przedsięwzięcia pokazuje, że bierze jurgielt od Konfederacji Lewiatan, przez Fundację im. Fryderyka Neumana, kolaborującą z niemiecką partią Wolnych Demokratów, no i wreszcie – przez Fundację Batorego, przy pomocy której stary żydowski grandziarz finansowy finansuje destrukcję historycznych narodów europejskich w nadziei przerobienia ich na tzw. „nawóz historii”, na którym będą rosnąć kwiatuszki w rodzaju pana red. Michnika. Pan Jażdżewski okazał się fachowcem od Chrystusa. Odkrył mianowicie, ze „polski Kościół zaparł się Ewangelii, zaparł się Chrystusa”. Okazuje się, że to nie komunistyczni rewolucjoniści z Unii Europejskiej stanowią dla „Chrystusa” największe zagrożenie, tylko Kościół w Polsce.

Mniejsza już o to, jaki szatan naraił Donaldu Tusku afiszowanie się z panem Jażdżewskim. Mam nadzieję, że Nasza Złota Pani nie nakazała mu tej kolaboracji, bo w przeciwnym razie trzeba by przyjąć, że już nie jest jej faworytem i że postanowiła spuścić go z wodą. Oczywiście żadnej dziury w niebie by od tego nie było, bo nie ma ludzi niezastąpionych, zwłaszcza przy boku Naszej Złotej Pani. Ważniejszy jest duch partyjniactwa, jaki zaprezentował w swojej tyradzie pan Jażdżewski. Przypomina on tych przeciwników króla Stanisława Augusta, którzy gotowi byli sprzymierzyć się nie tylko z Katarzyną, nie tylko z Fryderykiem, ale w ogóle - z każdym - kto ukazałby im choćby cień nadziei na detronizację Ciołka, któremu przypisywali wszelkie tyraństwa, chociaż gdy Repnin zażądał, by Sejm zniósł uchwałę sejmu konwokacyjnego, by sprawy podatków i wojska rozstrzygać większością głosów, to Stanisław August nie mógł uczynić nic innego, jak ogłosić anonimową broszurę że Polacy mają prawo ustanawiać taka formę rządów, jaką chcą. Najwyraźniej historia mordowania Polski w wieku XVIII powtarza się w wieku XXI, z tym, że rolę prymasa Podoskiego gra teraz pan Jażdżewski.

Autor: Stanisław Michalkiewicz