Ubłoconym tragarzem jest biskup diecezjalny, ks. Javier Gerardo Roman Arias. Uważa za swój obowiązek dotarcie do oddalonych wiosek w sercu dżungli, ażeby wspomóc je żywnością, odprawić niedzielną mszę, pocieszyć wiernych w strapieniach. Takie odwiedziny są dla nich ważne, stanowią rodzaj święta. Kapłan – ojciec i dzieci Boże.

Świat nigdy by się nie dowiedział o wyprawach biskupa Ariasa, gdyby nie towarzyszący mu tym razem zakonnik z Polski, Kasper Mariusz Kaproń. Wykonał on kilka pamiątkowych zdjęć, które przeciekły do Internetu i niemal z miejsca stały się hitem. Obraz śpiącego w błocie biskupa obiegł już wiele krajów, przypominając ludziom, że istnieją sprawy ważniejsze niż utarczki o władzę i pieniądze. Dotarł także do Polski. Zrządzeniem losu niemal w tym samym czasie, kiedy zaczęto dewastować wizerunek Matki Bożej – Królowej Polski i gdy pewny siebie młodzieniec wygłosił na warszawskim uniwersytecie „wielką mowę” o katolikach i o niemalże pałkarskiej władzy naszego kościoła. Nie omieszkał porównać jego przedstawicieli do świń nurzających się w błocie.

Biedny nieszczęsny człowiek, łaknący sławy za wszelką cenę. Współczuję mu głęboko. Współczuję i tym, co nienawidzą swoich braci tylko za to, że nie chcą być tacy jak oni. Współczuję władzom tej szacownej uczelni oraz jej majowemu gościowi, który z udawania „to nie ja zrobiłem” uczynił swój znak firmowy.

Patrzę na zdjęcie błotnego biskupa oraz na filmiki z przemowy młodzieńca – i mimo woli ich porównuję. Tamten umęczony trudem ale nie odstępujący od swego zdania. Ten roześmiany, rozbawiony swoją „odwagą” i wyraźnie zachwycony aplauzem dostojnych gości. Tamten niesie swój krzyż, pada, podnosi się i milcząc, uparcie dąży do celu, do ludzi w potrzebie. Ten napawa się swoją mownością, smakuje każde słowo, rozciera je z rozkoszą na języku. Słuchając go, wstrzymuję się przed ogarniającą mnie niechęcią, nawet złością. Nie. To nie może być tak. Powinnam tylko współczuć. Biedny, biedny człowiek.

Siły do wykrzesania z siebie współczucia dodaje mi biskup w błocie. W tym błocie, do którego mówca z Uniwersytetu tak ochoczo wysłał innych kapłanów. Razem z ich ludem. Ze mną. Moimi bliskimi, przyjaciółmi, sąsiadami. Każdym wierzącym. Nieszczęsny młodzian nie wie, i być może nie dowie się nigdy, że grudka tego biskupiego błota ma wartość wielokroć większą niż najgłośniejsza mowa złotoustych, najbardziej przymilne ich słowa, największa obiecanka jaką machają nam przed nosem. Nie wiedzą o tym, i być może nie dowiedzą się nigdy, ci co tak zażarcie bronią owego człowieka ustrojonego na inteligenta, wytaczając ciężkie działa dziwnie rozumianej wolności, w imię której wszystko wolno. Pod jednym wszakże warunkiem - wolno tylko w jedną stronę, bo już tykanie „naszych” spotyka się z gromkim międzynarodowym oburzeniem. Jakich jednak argumentów by nie używali, nie pojmą dlaczego ich słowa i gesty ranią tę drugą stronę. Swawolnie i bezrozumnie, wśród chichotów i pokrzykiwań kręcą powróz, na którym chcieliby prowadzić nasz Kościół. Ma upaść przed nimi na kolana, bić się w piersi za winy niezawinione. Posypać głowę popiołem, krocząc wśród rozbawionej gawiedzi. Bez prawa do obrony. Do mówienia prawdy.

Współczuję tym, co entuzjastycznie młodziana oklaskiwali, świadomie dozwalając na rzucanie obelgami. Tym, co uczynili z nich tło dla Europejczyka, chcącego po raz enty wskazywać jak mamy iść, by go wreszcie zadowolić.

Współczuję Panu, Panie Tusk. Są dwa błota. To dobre - z Kostaryki, i to w którym zanurzył się Pan. Ale tego, być może, nigdy Pan nie pojmie.