Potrzeba więc najpierw przezwyciężyć strach przed wyszydzeniem. Ci, którzy nim się kierują, są tak naprawdę niewolnikami opinii innych ludzi, których mają często za zagubionych, kierujących się ideologią, nierozsądnych. Mimo to lękają się o to, co ci powiedzą. Jest to postawa całkowicie nieracjonalna, wynikająca tak naprawdę z braku przekonania, co do słuszności własnych działań i poglądów. Gdyby katolicy byli bardziej pewni tego, co głoszą, mogliby stanąć przed wielkim zgromadzeniem, jak pierwsi Apostołowie, i przemawiać z całą mocą.

 

 Ostatecznie więc okazuje się, że strach bierze się z wątpliwości, a te z niewiary. Najpierw trzeba więc uwierzyć, a to oznacza odrzucić wszelkie wahanie, iść do przodu, nie cofać się ani o krok. Tak postępują wrogowie wiary i polskości, którzy nie mają skrupułów i nie przystają co chwila, by zastanowić się, czy czasem nie za działają za ostro. W ten sposób, choć jest ich mało, przez zamieszanie jakie sprawiają, przez swoją arogancję i butę, utwierdzają innych w przekonaniu, że racja musi być po ich stronie. Trudno dziwić się zresztą temu, skoro ich adwersarzami są osoby, które mówią o świętościach, a boją się nawet zabrać głos w ich obronie.

Potrzeba dzisiaj ludzi stanowczych, którzy mają odwagę powiedzieć „dość” i nie patrzą na to, czy ktoś nazwie ich fanatykami. Czas zdać sobie sprawę, że za to całe zło, które dzieje się w Polsce i w Kościele, nie odpowiadają inni, ci źli, ale Polacy i katolicy, którzy nie zrobili dość, aby temu zapobiec. To na nich, to znaczy na nas, na każdym kto czyta te słowa, spoczywa odpowiedzialność za to, że jest właśnie tak, a nie inaczej. Inaczej nie będzie dopóki nie zrobimy czegoś, aby było inaczej.

 Zrobić coś, to w pierwszym rzędzie powiedzieć głośno: „nie zgadzam się”, „nie zgadzam się na nikczemność, na takie konkretne działanie, na takie konkretne myślenie, na to, by tacy konkretni ludzie, uczyli i kierowali innymi. Można to powiedzieć najpierw do samego siebie, potem do żony/męża, do dzieci, do przyjaciół, napotkanych osób. Można to napisać w artykule, na Facebooku, na stronie. To jest niewiele, ale to już jest coś, bo wielu przez lata tłamsi to w sobie. Wydaje im się, że tak być musi, że nie powinni, że sami mają wiele na sumieniu. Nie można jednak się wahać. Jeśli trzeba, należy napiętnować własną nikczemność, własne działanie i własne myślenie, ale po to, aby je zmienić i zażądać tego od innych, odpowiedzialnych za wychowanie, za powierzone sobie osoby.

Następnie można poszukać tych, którzy także powiedzieli „nie zgadzam się”, dołączyć do nich, albo zorganizować własną grupę. Bo jeden człowiek inaczej myślący to zawsze wariat, ale grupa – to już lobby. Szukać sojuszników, których łączy wspólny cel pomimo różnic. Pamiętać, że podziały nas osłabiają. Niestety i tutaj nasi wrogowie są dla nas wzorem – dużo łatwiej przychodzi im je pokonywać: „Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światłości” (Łk 16,8).

W końcu trzeba podjąć wspólne działanie. Nie chodzi o to, aby od razu zbawiać świat, ale o to by wytyczyć cele dalsze i bliższe, dążyć do nich i je osiągać – to już jest budowanie czegoś, co będzie procentowało. Wciąż za mało cenimy pracę u podstaw, myślenie perspektywiczne, powolny ale mozolny marsz przez instytucje. Tego zaś znowu uczą nas przeciwnicy, którzy potrafią patrzeć daleko do przodu. Żadne działanie na hurra!, tu i teraz, choćby dokonane największym nakładem sił, nie jest warte tyle, co mała inicjatywa, ale pomyślana na lata.