Amerykanie przygotowują się na zmiany natężenia pola magnetycznego w sieciach, czyli tam gdzie jest prąd. Rozporządzenie Donalda Trumpa spowodowało, ze do 26 czerwca 2019 agendy rządowe wyszukiwały miejsca podatne na EMP. Prezydent USA stwierdził w nim, że impuls elektromagnetyczny powoduje szkody technologiczne i niszczenie krytycznych elementów infrastruktury kraju. Dla zapewnienia Amerykanów bogactwa konieczne jest „zwiększenie odporności na skutki impulsu elektromagnetycznego”. Zauważa, że problem stanowi HEMP, czyli detonacja ładunku jądrowego czterdzieści kilometrów nad Ziemią. Zaburzenia pola magnetycznego zdaniem prezydenta USA zagrażają także zdrowiu i bezpieczeństwu obywateli. Dlatego w ramach ochrony nakłada obowiązek między innymi badań i rozwoju dla ustalenia najlepszych sposobów ochrony. Koordynatorem stał się Sekretarz Obrony USA. Dokument ten wykracza poza infrastrukturę naziemną i uwzględnia również działania w przestrzeni kosmicznej Stanów Zjednoczonych, a także uzbrojenie wojska.

Wedle założeń do czerwca 2020 USA będą zabezpieczone. Rząd zakłada, że w ochronie przed EMP będą też uczestniczyły firmy prywatne, a ze strony administracji bezpieczeństwo zapewnią regulacje i wskaźniki odbudowy po ataku. Już w lipcu 2015 powstał dokument „Protecting electric grid from potential threats of solar storms and electromagnetic pulse”, który oprócz EMP umieszczał jako zagrożenie dla infrastruktury aktywność Słońca. Jego efektem był Critical Infrastucture Protection Act z 2016 roku.

Badacz Michael Dodge wskazał, że zagrożenie EMP łączy się zwłaszcza z biedniejszymi państwami. Umożliwia bowiem atak na infrastrukturę elektryczną Stanów Zjednoczonych. Od 1990 roku problem był margnalizowany jako elelement literatury science fiction. Jednak bez prądu następuje paraliż. Wedle ustaleń wystarczy detonacja czterdzieści kilometrów nad poziomem morza, aby skutki były odczuwane na terenie całego kraju ze względu na charakter systemu elektrycznego kraju.

Zagrożenie stanowi bowiem transmisja radiacji gamma. Odziałuje ona na cząsteczki powietrza z prędkością blisku dwustu siedemdziesięciu tysięcy kilometrów na godzinę. Im wyższa wysokość tym efekt jest większy. Ze względu na mniejsza gęstość powietrza elektrony poruszają się swobodniej, co zwiększa intensywność EMP. Podczas docierania do powierzchni Ziemi cząsteczki układają się w korkociąg. Podczas spotkania z metalem, czy obwodem elektrcznym powstaje szybko przemieszczający się impuls elektromagnetyczny. EMP składa się z fal oznaczonych jako E1, E2 i E3. E1 trwa nanosekundy i uszkadza linie energetyczne na dużych odległościach. Niszczy nieosłoniętą elektronikę. E2 trwa milisekundy. Przypomina uderzenie błyskawicy. Oddziałuje zwłaszcza na transformatory, elektronikę komunikacyjną, systemy kontrolne, linie przesyłowe. Ostatnia fala E3 przypomina wiatr słoneczny. Oddziałuje zwłaszcza na elektrownie i obiekty transmitujące prąd. Dotyka systemu elektrycznego w największej możliwej skali, bo uderza zwłaszcza w miejsca wytwarzające prąd i nim zarządzające. Stany Zjednoczone są najbardziej podatne na fale E1, bo przed pozostałymi pewien stopień bezpieczeństwa dają obecne systemy ochronne przed żywiołami m. in. tornadami.

Rzeczywisty i bardziej prawdopodobny problem dla USA stanowi jednak nie wybuch bomby jądrowej, lecz broń pracująca na częstotliwościach radiowych. Innymi słowy terrorysta wystarczy, że kupi urządzenia nadawcze dostępne komercyjnie i stworzy z nich urządzenie wywołujące lokalny EMP. Wedle specjalistów broń tego rodzaju mieści się już w walizce i bez problemy zostanie schowana w kabinie ciężarówki. Amerykański projekt Couter-electronic High-power Microwave Advanced Misle Project jest próbą zlikwidowania tego zagrożenia. Wbrew pozorom ma ono dłuższą historię niż Zimna Wojna. Pierwszy przypadek uszkodzenia wywołanego EMP (ściślej rozbłysku słonecznego) dotknął operatora telegrafu w 1859 rok, czyli dwadzieścia lat przed wprowadzeniem do sklepów żarówek.

Wybuch jądrowy czterdzieści kilometrów nad Ziemią obejmuje tysiąc sto pięćdziesiąt kilometrów kwadratowych, a dla porównania na wysokości czterystu osiemdziesięciu kilometrów ponad jeden milion kilometrów kwadratowych. Test nuklearny Starfish Prime z 1962 roku udowodnił, że wybuch na wyspie Johnsona miał wpływ na Hawaje odległe o ponad tysiąc trzysta kilometrów, bo odbył się na odpowiednim pułapie.

Choć EMP wydaje się nieprawdopobne stanowi wyznanie najbliższych lat. Dla terrorystów jest bardziej prawdopodobne, że sięgną po sposoby na lokalne uderzania w infrastrukturę. Zarazem ich skomasowanie grozi wystąpieniem efektu domina i skutkami wykraczającymi poza wyobrażenia. Przykład USA wskazuje, że Polska powinna być gotowa również na taki scenariusz. Atak z użyciem broni jądrowej jest w dzisiejszych czasach mało praktyczny ze względu na skażenie radioaktywne, zarazem już krążą plotki (a może i celowa dezinformacja?) o zaginięciu szeregu głowic jądrowych z sowieckich arsenałów.

Jacek Skrzypacz