O ile internet nie jest niczym innym niż wirtualną rzeczywistością, o tyle wyszukiwarka internetowa jest jak okulary, przez które na nią patrzymy. Codziennie surfując w sieci, szukając informacji, sprawdzając połączenia autobusowe, oglądając filmy, korzystamy z niej, nie zastanawiając się zbytnio nad tym, jak właściwie działa.

Tymczasem te okulary nie oddają wiernie rzeczywistości, nawet wirtualnej, ale dokonują selekcji stron i infomacji, które do nas dotrą. Co więcej, są one mocno spersonalizowane. To znaczy Google z czasem uczy się nas, obserwuje jakie mamy poglądy, zainteresowania i zgodnie z nimi dostosowuje dla nas treści.

Teoretycznie jest to bardzo przydatne. Po co tracić czas na przechodzenie tysięcy stron skoro Google od razu pomoże nam znaleźć to, co nas interesuje. Problem w tym, że siłą rzeczy tworzy to szklaną bańkę, w której się poruszamy. Zwolennik aborcji, jeśli wpisze hasło "aborcja" w wyszukiwarce, znajdzie głównie strony tworzone przez jej zwolenników. W ten sposób utwierdzi się w swoich poglądach, uzna, że większość myśli podobnie jak on.

Teoretycznie Google jest neutralnym robotem, który ma swoje algorytmy, wedle których porządkuje strony - przeszukuje tysiące z nich, porównuje słowa kluczowe, liczy je, bada oryginalność treści i ustawia je w pewnej kolejności. Specjaliści od pozycjonowania wiedzą jednak, jak tego robota oszukać, a poza tym nie można wykluczyć, że i on ma swoje wytyczne. Wiadomo, że przeciętny internauta przegląda tylko strony z góry listy, więc zasób treści jeszcze się kurczy.

Okazuje się, że w ten sposób "mój własny internet" nie ma tak wielkich wymiarów, a jest wyznaczany przez amerykańską korporację. Co więcej, z reguły źródłem informaci jest dla mnie Wikipedia, a miejscem spotkań ze znajomymi Facebook, które należą do innych korporacji o bardzo określonych lewicowych poglądach.

Korzystając z internetu, pamiętajmy, że nie jest to neutralne medium, ale świat, który dużo bardziej podlega ideologom niż nasza realna rzeczywistość.