Gazda uśmiecha się drwiąco i tnie dalej. Ceper zobaczywszy, że góral ma gdzieś te ostrzeżenia rusza swoją drogą. Nagle słychać huk. Gazda zwala się wraz z odciętą gałęzią na ziemię, patrzy za ceprem i stęka: - Jasnowidz jakiś cy cuś.

Ten stary dowcip przypomniał mi się po wybiciu warszawskiego szamba, które to skutkowało wylaniem potężnej ilości fekaliów. Ich wiercący w nosie smród dało się odczuć również w mojej miejscowości nad Wisłą, na północ od stolicy. Fetor przeniknął nadrzeczne zarośla, wdarł się gęstą smugą  odoru między domy. Tym samym problem warszawski stał się i naszym udziałem.  

Sporo już o tym wszystkim pisano i sporo jeszcze się napisze, więc spieszę i ja wtrącić swoje trzy grosze. Choćby z powodu, że musiałam wąchać to coś co płynie Wisłą, stając się współodbiorcą owej ekologicznej przygody. Przygody? To właściwie określenie, jeśli weźmie się pod uwagę stosunek do sprawy ze strony działaczy ekologicznych. Można go streścić w słowach: Nic się nie stało. Wylało, rozleje się, rozpuści i spłynie.

Że to stosunek do sprawy skandaliczny, nie trzeba chyba przekonywać. Ale nie od dziś  wiadomo, że zieloni aktywiści są skrajnie upolitycznieni, czego dowodzi ich start do polskiego parlamentu z list opozycji. Tym sposobem fetor spowodowany przez jej rządy miastem zamienia się w niewinny zapaszek a dramatyczne zanieczyszczenie wody w jakieś tam nieważne brudy. Jak wpisał dosadnie jeden z internautów: „dla ekologów gów…peowskie pachnie.”

Zasiadający w Ratuszu gazda Trzaskowski w pierwszym odruchu rzekł, iż nie jest mu potrzebna żadna pomoc ze strony znienawidzonego rządu. Ale że ścieki same nie chciały zniknąć, nie biorąc pod uwagę, że paskudzą wizerunek władz stolicy, nie mógł już zaoponować, gdy premier podjął decyzje ratunkowe. Ktoś to musiał robić. I zrobił. Jednak nie w tym problem.

Sprawa jest o wiele poważniejsza. Wodociągi miejskie to punkt strategiczny każdego dużego skupiska ludności. Jako taki powinien być pod specjalną kontrolą, i to nie raz w roku, ale – to opinia jednego ze specjalistów – codziennie. Tymczasem Ratusz takiej opcji nie przewidział. Może brakło mu środków? Wszak kupę kasy poszło na rozmaite tęcze, strefy relaksu i tym podobne głupotki. Przypuśćmy, że pieniądze te (strefa relaksu kosztowała blisko milion zł.), przeznaczono by na dobrze płatne etaty dla nadzorców sieci kanalizacyjnej. Być może wówczas dałoby się uniknąć tak dużego jej   zniszczenia. Władze stolicy, nie kontrolując tego tak istotnego dla życia miasta obiektu, tym samym podcinały gałąź na jakiej siedzą.

Ratusz warszawski przesiąkł fetorem. Póki co nie ma szans na jego wywianie i wpuszczenie świeżego powietrza. Peowcy trzymają się w stolicy dzielnie, i staną na głowie, żeby tylko władzy nie oddać. Nie dały im nawet rady przekręty prywatyzacyjne, skutkujące wyrzuceniem z mieszkań ponad 40 tysięcy ludzi. Nie wiadomo co jeszcze musi się stać, aby Warszawiacy przejrzeli na oczy. Bo nikt inny, tylko oni wybrali jak wybrali. Można by rzec słowami Fredry: Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało.

Afera reprywatyzacyjna pokazała, że aktualna władza nie do końca ma odwagę wziąć bandyterkę za kark i umieścić tam, gdzie będą mieli czas zrozumieć, że nie są panami tego świata. Czy dlatego, że każde zdecydowane działanie wzmaga wrzaski o prześladowaniach politycznych? Bogaty łatwo łupów nie odda, tym bardziej, że jeszcze to i owo da się ukraść. Parasolem ochronnym jest strach rządzących Polską przed oskarżeniem o wykorzystywanie prawa dla celów politycznych, co wiąże się z kolejnymi donosami do Brukseli i idącymi stamtąd naciskami, których ojcem chrzestnym najczęściej bywa imć Timmermans.

Co będzie z winnymi zaniechań, które wywołały ściekową katastrofę? To wielka zagadka. Czy mogą liczyć na bezkarność? Mogą. Nawet jeśli ktoś tam zostanie oskarżony, skumana ze sobą brać nie pozwoli zrobić mu większej krzywdy. Na razie tęgie platformerskie głowy dumają, jakby tym co się stało obciążyć wrogą formację. To akurat potrafią. I choć już mawia się w Warszawie, że z kranów płynie nie, jak dotąd, kranówka lecz peówka, niewiele z tego wynika. Platformerscy spece od odwracania kota ogonem już rozpuszczają pogłoski, że ryby wypływające brzuchem do góry z wiślanej skażonej toni są tam podrzucane przez nienawistników z PiS. Boki zrywać…

Zuzanna Śliwa