Taumatyna doprowadziłaby do rewolucji w przemyśle cukierniczym, przemyśle napojów chłodzących – bo zamiast wytwarzać, a następnie transportować na wielkie odległości tysiące ton cukru, wystarczyłoby użyć niewielkich ilości taumatyny, by osiągnąć identyczny rezultat smakowy. No tak – ale w rezultacie kraje utrzymujące się z plantacji trzciny cukrowej, czy produkujące wielkie ilości buraka cukrowego, znalazłyby się w poważnych kłopotach, zwłaszcza, że kryzys objąłby również przemysł cukrowniczy; cukrownie jedna po drugiej by bankrutowały, no a ich pracownicy zasililiby szeregi bezrobotnych, podatnych na wszelki „populizm”, który spędza sen z powiek nawet starszym i mądrzejszym. Toteż Unilever trzyma papiery pod kluczem, chociaż z drugiej strony ma to również - jak powiedziałby Kukuniek - „plusy ujemne”, bo znękana ludzkość objada się cukrem, tyje, a potem choruje na cukrzycę i inne, śmiertelnie groźne przypadłości.

Oczywiście Jeremiasz Ryfkin opisuje rzecz znaną od dawna, to znaczy – przynajmniej od wynalezienia koła wodnego, które poruszało młyny, wcześniej wprawiane w ruch przy pomocy koni albo i ludzi. „Śpij, nimfy wykonują pracę twoich rąk!” - wołał w uniesieniu poeta witający koło wodne. Na tym przykładzie widać, że produkcyjniaki, o których myśleliśmy, że zostały wynalezione przez Żdanowa, co to odkrył socrealizm, mają znacznie starszy rodowód, podobnie jak obawy przed skutkami postępu technicznego. Każde dziecko, nawet to, które onegdaj demonstrowało utratę ochoty do życia z powodu zmian klimatycznych, zna, a przynajmniej powinno słyszeć o buntach tkaczy, którzy niszczyli krosna w przekonaniu, że odbierają im pracę, podkopując tym samym podstawy ich bytu. Ale w roku 1812 parlament brytyjski uznał to za przestępstwo zagrożone karą śmierci, luddystów wyłapał i kazał deportować do Australii. Toteż już nic nie hamowało nieubłaganego postępu, również technicznego, który sprawił, że o ile w początkach XIX wieku pończochy nosiła zaledwie jedna kobieta na tysiąc, to pod koniec tego stulecia już tylko jedna kobieta na tysiąc nie nosiła pończoch. Ale i to miało swoje „plusy ujemne”, bo mechaniczne krosna napędzane były silnikami parowymi, wskutek czego fabryczne kominy dymiły i dymiły, co dało nawet powód do marynarskich przyśpiewek, że „na naszym statku wszyscy fajki kurzą, statek pali komin, swe cygaro duże”. Warto jednak zwrócić uwagę, że kominy dymiły nie dlatego, by krwiopijcy chcieli proletariuszy wydusić smogiem, tylko dlatego, że kobiety chciały nosić pończochy. Nawiasem mówiąc, w tymże stuleciu francuski prawnik Fryderyk Bastiat, rzekomo w imieniu producentów świec i lamp, napisał list do króla, by ten położył kres nieuczciwej konkurencji ze strony słońca, które ze swoim światłem nie tylko wciska się w każdy zakamarek, a w dodatku – nie płaci podatków. Jak z tego widać, ochrona rynku i producentów, która na pierwszy rzut oka wydaje się wielu ludziom oczywista, tak naprawdę wcale taka nie jest – ale to sprawa osobna.

Wracając do likwidowania wielu miejsc pracy, a nawet całych zawodów przez postęp techniczny, to i ta rzecz, obok niewątpliwych „plusów ujemnych” ma też swoje plusy dodatnie – co w swoim czasie wyeksponował Maciej Zembaty w wersji nie do końca zgodnej z oryginałem piosenki o fabrycznej dziewczynie, co to „koła transmisji koła, w tryby wciągnęły ją, krew popłynęła z czoła, koła zalane krwią” słowem – tragedia - ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo artysta informuje, że „do fabryki już nie szła fabryczna dziewczyna” i konkluduje: „takiej to dobrze!” Więc i Jeremiasz Ryfkin sygnalizuje, że jeśli nawet, dzięki pracy 10 procent ludzi, na świecie nastałaby obfitość materialna, którą obecnie obóz „dobrej zmiany” usiłuje osiągnąć dzięki rozdawnictwu pieniędzy uprzednio zrabowanych podatnikom, to powstaje problem, na jakiej zasadzie pozostałych 90 procent ma uczestniczyć w podziale dochodu narodowego.

O ile jednak Jeremisz Ryfkin nie potrafił poradzić sobie z tą sprawą, to Andrew Yang, ubiegający się o nominację Partii Demokratycznej w przyszłorocznych wyborach prezydenckich w USA, przecina ten węzeł gordyjski bez trudu. Oto proponuje wprowadzenie „Freedom Dividend”, czyli uniwersalnego dochodu podstawowego w wysokości tysiąca dolarów miesięcznie dla każdego obywatela po ukończeniu przezeń 18 roku życia. Ma to być odpowiedź na postęp techniczny, w następstwie którego wiele zawodów traci rację bytu. W poprzednich latach, kiedy jeszcze wyższe stany świadomości nie były jeszcze powszechne nawet u polityków, przedstawiciele zawodów zagrożonych starali się jak najszybciej przekwalifikować i na przykład woźnice uczyli się prowadzić samochody, a właściciele stajni zakładali stacje benzynowe, ale dzisiaj przyrodzona i niezbywalna godność na coś takiego nie pozwala, więc nie ma innej rady, jak tysiąc dolarów miesięcznie. Nawiasem mówiąc, tysiąc dolarów to mniej więcej 4 tysiące złotych, jakimi Naczelnik Państwa pragnie obdarować każdego zatrudnionego w ramach płacy minimalnej już od 2023 roku. Czyżby obietnice wyborcze obozu „dobrej zmiany” nie były oryginalne, tylko skopiowane z programu wyborczego pana Yanga? Tego z góry wykluczyć nie można, bo skoro – jak informuje red. Leszek Szymowski w „Najwyższym Czasie!” - polskie koncerny paliwowe kupują zagraniczną ropę naftową od izraelskich pośredników – bo tak przykazał nam Nasz Najważniejszy Sojusznik – to dlaczego z góry odrzucać możliwość, że program wyborczy Naczelnika Państwa nie jest inspirowany przez Partię Demokratyczną USA? W 1990 roku Milton Friedman opowiadał nam, jak to w drugiej połowie lat 80-tych odwiedził był Bibliotekę Kongresu, poprosił o program Komunistycznej Partii USA z lat 20-tych i z przerażeniem skonstatował, że wszystkie punkty tego programu zostały już w Ameryce zrealizowane i to w znacznej mierze właśnie przez Partię Demokratyczną! Skoro nawet tam, to cóż dopiero u nas, którzy nie musimy się przecież do komuny przyzwyczajać? Co prawda komuna uzależniała obywateli od państwa podwójnie, bo nie tylko dysponowała aparatem terroru, ale i trzymała łapę na całym dochodzie narodowym i jeśli kogoś nie lubiła, to marny był jego los. Może nie aż taki zły, jak tzw.”liszeńców” w Sowietach, ale przecież i ja, jako „wróg ludu”, w latach 80-tych byłem pozbawiony kartek, które w fazie rozwiniętego komunizmu określały udział obywatela w dochodzie narodowym. Tedy na początek limitowany tysiąc dolarów, czyli 4 tysiące złotych miesięcznie, ale jak jeszcze trochę poeksperymentujemy, to trzeba będzie wrócić do wzorów sprawdzonych, bo po cóż wyważać otwarte drzwi?