Według Wojciecha Cejrowskiego „z biznesowego punktu widzenia za często wydawać książki też nie jest dobrze, bo nowa książka zagłusza poprzednie, a ja chcę nie tylko satysfakcji pisarskiej, ale porządnych wyników finansowych. No i robię też masę innych rzeczy: prowadzę interesy na trzech kontynentach, kręcę filmy, handluję, występuję na scenie. Gdybym nie robił tego wszystkiego, byłbym pewnie szybszy w pisaniu".

 

W wywiadzie podróżnik przypomniał, że jego „książki to nie są powieści wymyślane z głowy, to opowieści wzięte z mojego życia. Zdarzenia prawdziwe. W moim życiu musi się najpierw nazbierać tyle interesujących wydarzeń, żeby z tego wyszła ciekawa i spójna książka. No i zbiera się, ale wolno, a do tego równolegle do kilku książek naraz. W USA mieszkam pół roku, drugie pół w Polsce, do tego jakieś wyprawy... Przygody z życia w Arizonie musiałem ciułać kilka lat".

 

Miłośnicy talentu Cejrowskiego mają okazje zakupić jego najnowszą książkę „Piechotą do źródeł Orinoko". Podkreślam zakupić, kiedyś przeprowadzając wideo wywiad z Wojciechem Cejrowskim na targach książki, zadałem podróżnikowi pytanie, jakie jego książki można ''dostać'' na jego stoisku, Wojciech Cejrowski podkreślił, że ''dostać nie można żadnych'', można je tylko kupić.

 

Opowiadając o swojej najnowszej książce „Piechotą do źródeł Orinoko", Wojciech Cejrowski przypomniał, że „kiedyś opowiedziałem jedną trzecią tej historii, a całość dopiero teraz. „WC na końcu Orinoko" wydane w roku 1998 nie zawierało większości wydarzeń opisanych teraz, nie miało też dobrych dialogów, bo wtedy byłem pisarzem początkującym i po prostu nie umiałem pisać dialogów. A dialogi są u mnie kluczowe. Ludzie lubią oglądać „Boso przez świat" z powodu dialogów. Musiałem się nauczyć tak pisać, by było je „słychać" także w moich książkach. Po raz pierwszy udało mi się, to gdy napisałem „Gringo wśród dzikich plemion". Ludzie w trakcie czytania zaczęli słyszeć w głowach mój głos. Ta książka jest trochę jak audiobook – patrzysz oczami na tekst, a w głowie słyszysz Cejrowskiego".

 

Według Wojciecha Cejrowskiego „Piechotą do źródeł Orinoko" „to całkiem nowa książka, choć rzeczywiście opowiada o tej samej wyprawie, którą częściowo i trochę koślawo opisałem w roku 1998. Wtedy większość wątków świadomie pominąłem z powodów... kryminalnych. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego byłem przemytnikiem szmaragdów (z mojego punktu widzenia byłem szczęściarzem, który trafił na szmaragdy.) Z publikacją całej opowieści musiałem poczekać do przedawnienia. I właśnie się przedawniło we wszystkich krajach, gdzie byłem przestępcą. Dlatego premierę tej opowieści w pełnej krasie i bez autocenzury mamy w roku 2019, a nie dwadzieścia lat temu".

 

Zdradzając swój warsztat, autor książek podróżniczych stwierdził, że by napisać książkę, potrzebuje „kilka lat »ciułania« przygód. Najpierw coś się w moim życiu musi zdarzyć, coś ciekawego, wesołego i wartościowego jednocześnie – takie zdarzenia zapisuję na bieżąco, czasami ich kawałki pokazuję Państwu na Facebooku. Potem gdy już widzę, że mam dość przygód na dwie książki, zaczyna się wywalanie. Zebrało się, a teraz połowę z tego wywalam do dolnej szuflady, bo albo nie jest wystarczająco ciekawe, albo nie jest zabawne, albo nie pasuje do reszty, bo choć zdarzyło się naprawdę, w tym samym miejscu i czasie, to jakoś nie pasuje do opowieści, nie jest spójne. [...] Oczywiście, gdy opisuję jedną konkretną wyprawę, tak jak w książce „Rio Anaconda", niekoniecznie trzeba czekać aż tak długo – jedna wyprawa, wszystko, co się zdarzyć miało, to się już zdarzyło i nic nowego się nie dołoży, ale jeśli to ma być dobre, jeśli ma się czytać dobrze za sto lat (a takie mam cele), to historia musi się odleżeć w mojej głowie. Muszę na to popatrzeć z pewnej odległości czasowej, aby to opowiedzieć dobrze, mądrze, z morałem od kogoś, kto nie tylko był i widział, ale też przemyślał, dojrzał, a tamten pobyt przyniósł owoce po latach. Moje opowieści są jak stare wino leżakowane w piwnicy".

 

Wojciech Cejrowski traktuje swoje pisanie jak porządny biznes i dlatego szanuje swoich klientów, dostarczając im nowe historie, a nie odgrzewane kotlety. Zdaniem podróżnika „towar powielany, odgrzewany, towar, który już słyszeliśmy, widzieliśmy, sprzedaje się gorzej. Więc nie powielam. Dbam za to, by moje kolejne produkcje uzupełniały się nawzajem. Odcinek „Boso przez świat" trwa niecałe trzydzieści minut, niektórych rzeczy się nie opowie, bo za mało czasu, więc opowiadam je w innych miejscach, na występie, w książce albo radiu. W książce nie da się zagrać piosenki, więc całą sferę dźwiękową, wszystkie opowieści tego typu trafiają do mojej audycji w radiowej Trójce. Z kolei w radiu trudno robić miny, więc zostawiam je sobie na występy sceniczne, podobnie jak wygibasy i wygłupy. Stosuję roztropną gospodarkę zasobami, tak bym to określił językiem biznesowym".

 

Jan Bodakowski