Dla wielu ludzi twierdzenie, że protestantyzm jest spoganizowanym chrześcijaństwem, wydaje się absurdalne. Jeżeli jednak zapytamy się ich, czemu tak uważają, to powiedzą, że przecież Luter, Kalwin czy Zwingli mówili o Jezusie Chrystusie, nazywali Go Zbawicielem, czcili Krzyż, uznawali Pismo Święte za fundament wiary, chrzcili w imię Trójcy Świętej itd. Jeżeli jednak przeanalizujemy to, co ci „reformatorzy” mówili o Jezusie Chrystusie, o wierze, o Odkupieniu, czy jak interpretowali Biblię, to musimy zobaczyć, że ich wiara różni się znacznie od naszej, katolickiej wiary. Oznacza to, że podobieństwo występuje przede wszystkim na poziomie werbalnym. Inaczej mówiąc, protestanci używają tego samego języka, tych samych pojęć, co my, ale rozumieją przez nie coś zupełnie innego.

Czy to, więc wystarcza by uznać ich za chrześcijan „par excellence”? Na tej zasadzie będą nimi także różokrzyżowcy, którzy także używają tego samego języka i twierdzą, że czczą Pismo Święte, Zbawiciela i Jego Krzyż. Zaliczyć należałoby do nich także manichejczyków, albigensów, katarów, czy waldensów (których Papież Franciszek publicznie faktycznie określił mianem chrześcijan, przepraszając ich za krzywdy, jakie wyrządzili im katolicy). W istocie jednak byli to gnostycy, wyznawcy innej religii, dojrzałego pogaństwa.

Dla wielu argument ten będzie nieprzekonywujący. Jeżeli jednak będziemy ich dopytywać, dlaczego tak sądzą, to po zastanowieniu zapewne odpowiedzą, że przecież protestanci sami twierdzą i głęboko w to wierzą, że są prawdziwymi chrześcijanami. Tak samo postępowali manichejczycy, albigensi, katarzy, czy waldensi. Nie można także wykluczyć, że wierzy tak wielu różokrzyżowców.

O pogańskim charakterze protestantyzmu świadczy jego stosunek do natury. Tyczy się to zwłaszcza ujęcia luterańskiego i kalwińskiego. Natura nie jest tam przedstawiana po katolicku, a więc jako coś dobrego i pięknego, co stworzył Bóg i co choć zostało zranione skutkami grzechu pierworodnego człowieka, to pozostaje czymś, o co należy dbać. Chodzi tu zarówno o naturę – przyrodę, jak i o naturę rozumianą jako pewna struktura każdego bytu. W przypadku ludzi chodzi tu choćby o posiadanie cielesnoduchowego i racjonalnego charakteru. Natura w protestantyzmie jest prezentowana jako to, co jest całkowicie przesiąknięte grzechem, a przez to niezdolne do dobra. Nie ma nawet szans na odrodzenie przez łaskę, bo łaska nie buduje na naturze, ale ją przesłania. Wyrazem takiego myślenia jest przyjęcie zasady „tylko łaska” i uznanie, że ludzkie uczynki jako wyraz natury ludzkiej nie mają żadnego znaczenia dla wiary. Wiąże się to z odrzuceniem znaczenia rozumu i uznanie go za zagrożenie dla wiary. Tę tendencję widać także w odrzuceniu filozofii i racjonalnej teologii, negacji prawa naturalnego (czego wyrazem jest choćby przyjęcie rozerwalności małżeństwa i antykoncepcji jako czegoś pozytywnego), jak również znaczenia sztuki dla religii (obrazoburstwo). Pojawienie się jednocześnie magii i prymatu pragmatycznego stosunku do nauki w okresie odrodzenia i reformacji, również w środowiskach protestanckich, także jest dowodem na instrumentalnie podejście do natury. Analiza protestanckiej kultury, zwłaszcza purytańskiej, pokazuje, że skupia się ona w swoim rygoryzmie na tłumieniu naturalnych skłonności.

Zasadniczo w pogaństwie można wyróżnić dwa podejścia do natury. Pierwsze, typowe dla jego bardziej prymitywnych form, polega na ubóstwianiu natury – przyrody. Widać to wśród plemion, które czczą np. pioruny. Drugie, właściwe dla dojrzałego pogaństwa, przejawia się w nieustannym dążeniu do przezwyciężania własnej natury, jako czegoś ograniczającego. Często towarzyszy temu pogarda dla natury – przyrody. Łatwo dojrzeć, że właśnie takie myślenie cechowało Lutra i jego następców.

 

Powyższy tekst jest fragmentem książki Michała Krajskiego pt. "Luter i różokrzyżowcy".

Książka dostępna u wydawcy, tutaj