Życie Marii Rodziewiczówny wyznaczyły ramy dwu powstań: Styczniowego i Warszawskiego. Przyszła na świat w lutym 1864, u kresu pierwszego. Zmarła u kresu drugiego. Na jednym z kadrów filmu „Powstanie Warszawskie” zmontowanego przed paru laty z powstańczych kronik uwieczniono sędziwą pisarkę składającą autografy na książkach. To ostatnie jej zdjęcie. Skąd wzięła się w Warszawie roku 1944 i dlaczego tę obecność kronikarze chcieli uwiecznić? Odpowiedź jest prosta. Była dla Polaków kimś znaczącym, ważnym, nosicielką ducha narodu.

Jej domem był majątek w Hruszczowej, na Kresach. Ale miała też mieszkanie w Warszawie. Tu zastała ją I wojna światowa. Chcąc nieść pomoc rannym, Rodziewiczówna obejmuje funkcję intendentki w szpitalu przy Miodowej. Kiedy do miasta podchodzą Niemcy, postanawia wrócić do Hruszczowej. Trafia z deszczu pod rynnę. Dworek zajmują na zmianę żołnierze niemieccy,  rosyjscy i znów niemieccy, rabując co się da. Robi się niebezpiecznie, musi więc uciekać. Mimo  przeszkód  dociera do Warszawy. Angażuje się w zbiórkę środków na dożywianie głodnych. Jednak wiosną 1916 r. znów jest w swoim majątku. Trzeba zarządzić wiosenne, potem letnie prace polowe. Ziemia musi rodzić. Chleb jest teraz na wagę złota.

Wreszcie nastaje pokój. Na Zamku Królewskim zawisa biało czerwona! Niestety, radość jest krótka. Dochodzi do walk we wschodniej Galicji, trwa obrona Lwowa. Na prośbę wojska pisarka, mianowana Komendantką Ziemi Warszawskiej, organizuje pomoc dla walczącego miasta. Jej zasługi podkreślił rozkazem z 19 III 1919 r. dowódca Armii Wschód generał Rozwadowski: Towarzyszowi broni, Komendantce Ziemi Warszawskiej Marii Rodziewiczównie, za dzielność i wierną służbę Ojczyźnie, ku pamiątce przebytych bojów w obronie Lwowa i Kresów Wschodnich w roku 1918-1919 odznakę honorowąOrlętanadaję.

W roku 1920 kraj zalewa bolszewicka horda. Czerwonoarmiści są już na przedpolach stolicy. Aż nadchodzi 15 sierpnia. Cud nad Wisłą! Krwawe wilki wojny uciekają do swych legowisk. Można wracać do domu i do pisania. Na niemal 20 lat.

1 września 1939 r. na kraj spadają niemieckie bomby. Rozchodzi się złowieszcza pogłoska, że lada dzień wkroczą bolszewicy. 22 września dworek opanowują czerwonoarmiści, dając sygnał do mordów i grabieży. Rodziewiczówna otrzymuje nakaz opuszczenia domu, zresztą splądrowanego już doszczętnie. Jedzie do Kobrynia, stąd do Brześcia, chce dostać się do Warszawy. Wpierw jednak trafia do obozu w Pabianicach, Konstantynowie i Łodzi. Panuje tu głód i chłód. Do stolicy dociera w lutym 1940. Wie, że nigdy już nie wróci w rodzinne strony, skąd dochodzą wiadomości o okrutnych mordach na Polakach.

Na wieść, że Rodziewiczówna jest w stolicy do jej mieszkania ciągną tłumy wielbicieli; jeden z nich zaprasza pisarkę do dworku w Olszynach. Na całe lato. Tu, udręczona i schorowana, powoli wraca do sił. Łańcuszek ludzi dobrej woli nie ma końca: ktoś przynosi świeże warzywa, ktoś upieczony przez siebie chleb. Jej nazwisko jest w Warszawie przepustką. Mówi o tym zdarzenie w urzędzie, gdzie ma wyrobić kenkartę.

Urzędniczka… - wspomina opiekunka pisarki - obojętnie zaczęła czytać podanie, lecz raptem zwróciła się do mnie: - Maria Rodziewiczówna? - spytała ze wzruszeniem. - Jak to, ta  n a s z a? Formalności zostają błyskawicznie załatwione.

Wybucha powstanie. Rodziewiczówna przeżywa dramatyczną codzienność walczącego miasta. Bombardowania, ucieczki piwnicami, zmiany lokum. Z mieszkania przy Królewskiej, ofiarowanego przez wielbiciela jej książek p. Kruzego trafia na Kredytową, Plac Dąbrowskiego, Boduena, Szpitalną. Ostatnim schronieniem jest pokój na Brackiej 23. Dla starej kobiety wszystko to jest trudne do zniesienia. Ducha dodają jej ludzie. Wszędzie gdzie się pojawia może liczyć na pomoc i dzielenie się ostatnim nawet kawałkiem chleba. Często są to sceny wzruszające. Ta pomoc będzie trwać i po upadku powstania. Grupa przyjaciół postanawia uchronić ją przed obozem w Pruszkowie. Dzięki nim trafia do Milanówka i do Skierniewic. Tu czekają konie z dworu w Żelaznej, dokąd zaprosiła ją rodzina Mazarakich.

Niestety, stan 80-letniej, chorej na astmę Marii szybko się pogarsza. Umiera 6 listopada o godz. 2 w nocy. Za trumną niesioną na miejscowy cmentarz podąży w milczeniu rzesza ludzi. W roku 1948 Rodziewiczówna spocznie w Alei Zasłużonych na Powązkach.

Zuzanna Śliwa