Wiara katolicka naucza, że do zbawienia nie jest potrzebna obecność biskupa na pogrzebie. Wiadomo, że kiedy już się pojawia, wkłada szaty liturgiczne i koncelebruje Mszę pogrzebową, to jest to rodzajem hołdu dla zmarłego, co ma pokazać żyjącym, że odszedł człowiek wielki. Biskupi nie pojawiają się na pogrzebach przypadkowych ludzi, a tym bardziej przestępców, gwałcicieli, zbrodniarzy.

Asysta co najmniej ośmiu biskupów (tylu dostrzegłem na zdjęciu z odprowadzenia trumny po Mszy pogrzebowej), w tym abpa poznańskiego, przewodniczącego Episkopatu Polski Stanisława Gądeckiego w tym kontekście szokuje. Rozumiem, że Juliusz Paetz sam był biskupem, ale zapisał się na tyle źle, że powinien być pochowany bez żadnych specjalnych względów ze strony Kościoła.

Przed kościołem, w którym była Msza, stało trzech ochroniarzy, którzy nie wpuszczali nikogo, mówiąc, że uroczystość ma charakter prywatny. Jaki to jednak charakter prywatny, skoro brało w niej udział tylu biskupów? Charakter prywatny oznaczałby udział jedynie najbliższej rodziny. Sytuacja ta jest dość kuriozalna i pokazuje wyraźnie głęboki problem polskiego Kościoła.

Z jednej strony polscy biskupi decydują się (po wielu protestach, ale jednak) nie chować zmarłego abpa w katedrze, przypominają, że kapłan został odsunięty przez Stolicę Apostolską i będzie miał pogrzeb o charakterze prywatnym. Z drugiej strony nie słyszałem świadectwa, aby abp Paetz przeprosił przed śmiercią za swoje grzechy, a jeśli tego nie zrobił, powstaje pytanie, czy w ogóle powinien mieć pogrzeb katolicki. W Mszy pogrzebowej biorą zaś udział biskupi, tak jakby chowano jakiegokolwiek innego biskupa, nie dostrzegając, że sama ich obecność jest wielkim zgorszeniem. Rozumiem, że to Bóg osądzi abpa Paetza i zrobi to w sposób sprawiedliwy, ale wystarczyłoby gdyby Juliusz Paetz miał pogrzeb jak przeciętny pan Kowalski i nie byłoby problemu.