Przyczyn antyklerykalizmu jest na pewno wiele. W wielu przypadkach przyczyniają się do niego sami księża. Co więcej, zdarza się, że także duchowni bywają antyklerykalni. Nie ulega wątpliwości, że zachowanie wielu księży nie sprzyja budowaniu pozytywnego wizerunku Kościoła. Nienawiść do duchowieństwa (lub jak chcą antyklerykałowie – do „kleru”) ma w sobie jednak posmak pewnej niekonsekwencji. Skoro wszyscy księża są źli, to dlaczego mimo wszystko w Kościele dzieje się dużo dobra? Dlaczego „królestwo wewnętrznie skłócone się nie rozpadnie”?  Czy „czarna mafia” to jedyna organizacja przestępcza, której nikt nie przemoże? Przypomina to myślenie w stylu: „Wszyscy policjanci są źli”, albo „Żaden lekarz nie potrafi leczyć”. Takie uogólnienia nie tylko są krzywdzące, ale przede wszystkim są nieprawdziwe. Wynika jednak z tego pewna ciekawa zależność. Na policjantów najczęściej narzekają ci, którzy z prawem i przepisami mają na bakier. Na księży ci, dla których Kościół jest wyrzutem sumienia.

Wiem, że wielu może zarzucić mi brak obiektywizmu. Ksiądz broni księży. Jednak moja miłość do Kościoła ma zupełnie inne źródło. Nie jest naiwna i bezkrytyczna. Ona zwyczajnie wypływa z wiary. Wiary w to, że wszędzie są ludzie dobrzy i źli, uczciwi i nieuczciwi, święci i degeneraci. Nie zmienia to jednak mojego podejścia, które kocha Kościół i księży za spowiedź, Eucharystię, życzliwość i dobroć. Unikam księży i ludzi, którzy nienawidzą Kościoła. Nie mam z nimi wspólnego języka. Nie dam się wciągnąć w wewnętrzne rozgrywki, irytacje, agresję i przemoc, bo może okazać się, że stanąłem do walki nie z klerem, ale z samym Bogiem.

Ks. Mateusz Szerszeń CSMA