Świat obiegły nagrania, na których widać wielkie chińskie metropolie, które obecnie są opustoszone, choć z reguły tętnią życiem. Chińskie władze zamknęły całe miasta, w których żyje kilkadziesiąt milionów ludzi. Wiele fabryk nie pracuje. W samym zaś okręgu Wuhan nie działa 500 przedstawicielstw największych światowych firm. Gigantyczne straty odnotowują nie tylko Chiny, ale i cały świat. Także polscy przedsiębiorcy liczą straty, bo importują z Chin wiele towarów. Jeśli sytuacja się utrzyma, grozi nam globalny kryzys.

Władze Chin tłumaczą wszystko koniecznością kwarantanny, względami bezpieczeństwa, troską o zdrowie obywateli Chin i całego świata. Takie tłumaczenia są jednak zupełnie nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę, że Chiny to komunistyczny kraj, który prześladuje miliony ludzi, korzysta z pracy dzieci, wykorzystuje ludzi i zwalcza choćby chrześcijan. O Sars nie informowały przez trzy miesiące. Rosjanie próbowali zataić nawet wybuch w Czarnobylu.

W dodatku na razie, przynajmniej oficjalnie, koronawirus zabił mniej ludzi niż zwykła grypa, zagraża głównie osobom starszym i chorym. Zamknięcie całych miast i fabryk wydaje się więc przesadą. Jeśli nawet wybuchła panika, to Chiny z pomocą wojska z pewnością by sobie z nią poradziły, wysłały ludzi do fabryk, a te zamknęły. Co się więc dzieje?

Możliwe, że skala ofiar i poziom zagrożenia są wielokrotnie większe niż przekonują władze. Zachodni obserwatorzy tak jednak nie sądzą, a na Zachodzie są już przecież chorzy na koronawirusa. Możliwe więc, że tak naprawdę w Chinach trwa właśnie rewolucja. Możliwe, że mamy do czynienia z masowym bojkotem państwa przez obywateli. Odbywa się cichy pucz, rewolucja bez rewolucji, czyli obywatele nie wychodzą z domów, czekając aż system sam upadnie. Tymczasem władze twierdzą, że chodzi o wirusa, aby zyskać na czasie.