Terroryści z Bliskiego Wschodu nie zasypiają gruszek w popiele. Tym razem za swój cel postawiły opanowanie Zachodniej Afryki. Działania te ukazują na sojusz jaki w realiach Bliskiego Wschodu jest niemożliwy ze względu na rywalizację obu grup. Redaktor Joby Warrick ocenia, że na chwile obecną jest mowa o kryzysie w skali regionu. W praktyce oznacza on, że mudżahedini razem opracowują plany działań. Ramię w ramię również przeprowadzają ataki. Za arenę wpływu wybrali oni Sahel. Jest to pas jaki oddziela na północy Afryki sferę pustyni od pasa zieleni. Opanowanie podbrzusza Sahary oznacza dyktowanie warunków na północy kontynentu. Odpowiedzialny za operacje specjalne na Czarnym Lądzie generał brygady Dagvin Anderson wskazuje, że zagrożone tereny „wielokrotnie by zmieściły Afganistany oraz Iraki. Co my teraz obserwujemy nie jest tylko losowymi aktami przemocy pod banderą terrorystów, ale przemyślana strategia dla zjednoczenia różnych grupy w ramach wspólnej sprawy. Ten wielki wysiłek stanowi zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych”.

Oznacza bowiem to nic innego, jak uczynienia dla Ameryki drugiego Afganistanu i Iraku na terenie Nigerii, Burkina Faso oraz Mali. W ciągu ostatnich miesięcy bojownicy wykazali się zmyślną taktyka. Atakowali bazy wojskowe. Dokonywali podboju wiosek. Używali przy tym sił i środków budzących zaskoczenie. Na wzrost siły muzułmańskich terrorystów wskazują przedstawiciele sił wojskowych Stanów Zjednoczonych, Francji oraz sił z regionu zachodniej Afryki.

W odróżnieniu od operacji na terenie Iraku, czy Afganistanu unikają oni mówienia o utworzenia kalifatu. Nie oznacza to, że tylko uciekają, bo postawili na szkolenia, przegrupowanie, zebranie sił a także przygotowanie ataków. Stanowią groźbę, że to właśnie z Afryki wyjdą kolejne ataki skierowane na działania poza kontynentem, na Zachodzie. Wedle ustaleń Stanów Zjednoczonych na luty 2020 koalicja znana jako JNIM, a powiązana z Al-Kaidą w sile dwóch tysięcy mudżahedinów przybyła na Zachód Afryki. Państwo Islamskie w 2017 uzyskało już możliwości operacyjne. Wtedy zabiło już czterech żołnierzy z Nigerii. Za tym stała grupa znana jako Państwo Islamskie w Wielkiej Saharze (ISIS-GS, znane również w nomenklaturze francuskiej jako EIGS).

Armia Mali straciła od października 2019 roku w utarczkach z mudżahedinami setkę żołnierzy. Generał Ibrahim Fane, pełniący funkcje obron narodowej Mali uważa: „Że ten rak rozprzestrzeni się tutaj jeśli nie pokonamy go razem i nie skończymy”. Stany Zjednoczone dla wsparcia działań antyterrorystycznych przeznaczyły tysiąca czterystu żołnierzy w celu zebrania wiadomości wywiadowczych. Będą oni również zapewniali infrastrukturę rozpoznawczą przy użyciu dronów. Obok nich na Wschodzie Afryki stacjonuje już cztery tysiące czterystu Amerykańskich żołnierzy. Zajmują się oni wspieranie lokalnych sił w walce z mudżahedinami HSM, znanych również jako al-Shabab.

Nie jest pewne, czy jednak te siły tutaj zostaną, bo wojsko USA rozważa wzmocnienie działań na Pacyfiku, wymierzonych w Chiny oraz Rosję. Obok Amerykanów w zachodniej Afryce ma znaczenie Francja z czteroma i pół tysiąca żołnierzy. Obok jeszcze na terenie Mali jest trzynaście tysięcy wojskowych z Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Sprawa się rozwija nie bez kłótni w sercu Al-Kaidy oraz Państwa Islamskiego, jak wskazał wywiad arabski. Napływają tutaj niedobitki z Iraku oraz Syrii. Obecnie obie frakcje terrorystów współpracują w celu odcięcia stolicy Burkina Faso - Ouagadougou.  Za swój cel wybrali miasto z dwoma milionami dwustu tysiącami mieszkańców. Blokują drogi, dokonują uderzeń na konwoje armii. Zdaniem jednego z oficerów Francji: „są bardziej zorganizowani i są bardzo mobilni (…) Oni przeprowadzają profesjonalne ataki jakich nigdy wcześniej nie widzieliśmy”. Uderzenia na linie przesyłowe, ataki zmierzające na przejmowanie osób na stanowiskach cywilnych, dla ustanowienia świata pozbawione kultury Zachodu od muzyki, popkultury na edukacji skończywszy.

Przeciwko mudżahedinom staje w szranki armia Mali składająca się z dwunastu tysięcy żołnierzy. Bieda w kraju, problemy w zakresie dostaw wody utrudniają działania. Miejscowi pod przywództwem Issa Haidera zawiązali sojusz skrzywdzonych przez mudżahedinów. Osiemset osób wskutek między innymi strat bliskich zjednoczyło się w celu ochrony zwierząt, odwetu za zabicie członków rodzin, czy ochrony upraw. Mudżahedini wykorzystują sytuację gospodarczą i za pomocą pieniędzy wciągają młodych chłopców do walk. Co tydzień, jak wskazał sierżant David Oudraogo, szef sił specjalnych  Burkina Faso (tak zwanego Burkinabe) dochodzi do ataków. Terroryści zbierają siły za pomocą strachu. Między innymi grożą zabijaniem rodzin jeśli ktoś nie będzie za nich walczył.

W czarnym scenariuszu terroryści umocnią się i z Afryki wyprowadzą atak między innymi na Europę. Optymistyczny wariant jest póki co odległy.

Jacek Skrzypacz