Jakby za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki część polityków nieprzyjaznych PiS zaczyna grać na odmiennej niż dotąd nucie. Lewica wręcz pochwala wysiłki rządu, dążące do opanowania groźnej sytuacji. Mniej warkotów słychać także z innych stron. Wyjątkiem jest tu oczywiście PO. Ci nie mają zamiaru popuścić. Jeśli nie sam ich aktyw, to posłuszni zwolennicy. Mając do dyspozycji Internet i Twitter – mogą sobie do woli zaszaleć. Tematów nie brakuje.
       Oto sławetny były minister B. Sienkiewicz nie omieszkał wyartykułować swej oceny wydarzeń. Ostro facet poszedł! Powołując się na aktualną sytuację w kraju wniósł wielkie pretensje, że w tych trudnych dniach gdziesik się zapodział – tu cytat – „ Naczelnik Państwa” J. Kaczyński. Za to jego niepokazywanie się na szerszym publicznym forum B.S. wyzwał go od tchórzy. Ciekawe, jak wedle Sienkiewicza powinien się J.K. zachować. Biegać po szpitalach i rozdawać maseczki? Stać na granicy i kontrolować wjazdy cudzoziemców? Sterczeć pod oknami mieszkań i pilnować czy ludzie trzymają nakaz kwarantanny? Od ustalania tych spraw jest rząd, są ministrowie. A prezes PiS, jakby na niego nie patrzeć, znajduje się akurat w grupie wysokiego ryzyka jako pan w wieku dalekim od młodości,  w dodatku sterany dolegliwościami. Dlatego, jak inni, powinien siedzieć w domu.
       Głos dała również niezmordowana w wyrzucaniu z siebie słów na tematy przeróżne Hanna Lis, żona Tomasza. Przy jej umyśle „nienachalnym intelektualnie” ( cytat z prof. A. Rzeplińskiego; tak określił prezydenta Dudę) wysiada nawet wspomniany b. minister. Otóż pani ta ni mnie ni więcej tylko oświadczyła, że za śmierć kilku Polaków, których pokonał wirus, odpowiada rząd. Nie epidemia, nie wiek i dotychczasowy stan zdrowia, nie zbieg nieszczęśliwych okoliczności i podróże do krajów najbardziej zagrożonych, lecz rząd, czyli M. Morawiecki i jego ministrowie. Rozgryźć to  logicznie doprawdy niesposób. Czego się jednak nie robi, kiedy jęzor swędzi ochotą dowalenia znienawidzonej opcji.
       Sytuacja jest zła. To stan wojny z niewidzialnym wrogiem czającym się nie w okopach ale choćby na poręczach autobusów, na klamkach, w oddechu spotykanych ludzi. Nagle wszyscy, obojętnie czy z lewicy czy z prawicy, znaleźliśmy się na polu bitwy. Warunkiem jej wygrania jest wspólnota celu, zrozumienie i przyjęcie do wykonania zaleceń tych, którzy bitwę tę koordynują. To jedyne wyjście, co pojmują z zadziwiającą konsekwencją miliony rodaków. Jednak nie wszyscy. Po drugiej stronie tego akceptowania narzuconej konieczności są bowiem ci, którzy za wszelką cenę będą wypatrywać najmniejszych potknięć sztabów walczących z epidemią. Jeden przez drugiego nadsłuchuje czy gdzieś kogoś nie przebadano lub gdzieś czegoś zabrakło – a potem lekko fakt ten uogólnia i strzela z grubej rury. Słuchając tej salwy odnosi się wrażenie, że właściwie wszystko się wali, że chaos jest wręcz przepotworny, że to i owo. Nie mogą przeżyć dnia bez podobnego warkotu.
        W pełnej gotowości do ataku stanęli też inni durnie. Twórcy wpisów w Internecie i na Twitterze. Siedząc przez monitorami dumają co by wydumać, żeby zbulwersowało i przestraszyło. Ilu robi to z przyrodzonej głupoty, a ilu cynicznie, niesposób ocenić. Jedno jest pewne. Świetną dla nich pożywką są stękania b. ministra i bzdury pani H.L. Czego jeszcze trzeba, ażeby odpuścili? Potopu, uderzenia asteroidy, ataku wrogich kosmitów? Cóż, zapewne i wtedy wydusiliby z siebie jakąś totalną głupotę. Wirus nienawiści ma się widać dobrze. Niestety…