Wedle Martina Branda z Uniwersytetu w Bremen co ósmy Rosjanin żyje w skrajnym ubóstwie. Do grona ubogich zalicza się jedna trzecia społeczeństwa. Były minister finansów Rosji Aleksiej Kudrin latem 2019 roku powiedział, że „bieda w Rosji staje się powodem do ujmy”. Ostrzegał, że ta sytuacja grozi w kraju Władimira Putina, że doprowadzi do „społecznej eksplozji”. Od maja 2018 rząd obecnego włodarza Rosji zakłada, że do 2024 rozprawi się z tym problemem. Dla pięciu milionów gospodarstw domowych oznacza to na przykład poprawę warunków w jakich żyją.

Plany te zakładają sukces o ile Rosja będzie rozwijała się w tempie trzech procent punktów procentowych więcej, niż reszta świata. Tak sprawę ujął sam Władimir Putin. Ogłosił, że plany wejdą w życie z 2021 rokiem. Ze względu na koronawirusa nie wiadomo, czy one nie skończą się wyłącznie na publicznej retoryce i ogłoszeniach. Do tej pory między 2000 a 2013 rokiem bieda w kraju spadała. Dzięki sytuacji gospodarczej na świecie uległa poprawie sytuacja Rosjan. Wskaźnik ubóstwa w Rosji jest ustalony na kwotę siedemset dwudziestu dwóch złotych wedle dzisiejszego kursu. Tym samym uwidacznia się czemu praca w Polsce dla wielu osób ze Wschodu ma znamiona atrakcyjności. Oficjalnie kto nie zarabia jedenastu tysięcy stu osiemdziesięciu rubli ten ląduje w gronie biednych. Przy takim ujęciu Centrum Levada ustaliło, że czterdzieści procent Rosjan w 2018 zaliczało się do grona biednych. Wedle oficjalnych statystyk dziewiętnaście milionów osiemset tysięcy osób żyje poniżej minimum egzystencjalnego. Rostar wskazuje, że wedle samych Rosjan w dwudziestu sześciu i pół procenta przypadków oceniają swą sytuację ekonomiczną jako złą lub bardzo złą. Wedle ustaleń Centrum Levada siedemdziesiąt jeden procent pytanych oceniło, że żyje na poziomie minimum egzystencjalnego. Socjolog Natalia Tichonowa i Swietłana Mariwa w oparciu o dane rządowe głosiły, że co trzeci Rosjanin jest biedny. Zwłaszcza osoby żyjące poza aglomeracjami  mają z tym problem. Dla porównania Saint Petersburg oraz bogaty w ropę Tatarstan ma poziom ubóstwa na poziomie trzynaście i pół procenta. Wedle ich ustaleń blisko Mongolii, a także na północnym Kaukazie co piąta osoba zalicza się do grona biednych.

Odpowiedzią rządu na problem jest między innymi dofinansowanie pensji dla sześciu milionów czterystu tysięcy osób w 2019 roku. Dodatkowo Rosja wprowadziła odpowiednik 500+. Podobnie jak nasze programy mobilizacji bezrobotnycznych, czyli za pieniądze podatników wysłanie ich do pracy Rosja od 2012 postąpiła z trzystu dwudziestoma tysiącami osób. Wedle Władimira Putina skorzysta na nich do sześciu milionów osób.

Z chwilą, jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy ocenia, że do 2024 Rosjanie nie uzyskają większego wzrostu gospodarczego niż dwa procent rocznie problem będzie narastał. Obok problemów z biedotą jest również istotne spojrzenie na sytuację rodziny. Zdaniem badaczki Theresy Hornke z Uniwersytetu Halle-Wittenberg pod tym względem wizja rządu jest „paternalistyczna, konserwatywna, pronatalna lub neoliberalna”. Większość rosyjskich rodzin ma jedno dziecko. Kto ma dwójkę już należy do mniejszości. Posiadanie większej liczby potomstwa jest w Rosji unikatem. Dlatego demograficznie kraj jest w stanie upadku, bo grozi mu brak siły roboczej. Od 2012 Władimir Putin mówi wprost o „katastrofie demograficznej”. W 2019 podkreślił, że rozwiązanie stanowi odwołanie się do własnej tożsamości, poszanowanie dzietności i unikalność rosyjskich idei na tle świata. Wprost wskazał, że kto opowiada się przeciwko dziecku jest działa na szkodę państwa. Takie podejście uderza w aborcję. Szczególnie widoczne na Zachodzie. Chociaż trwa epidemia koronawirusa Francuzi dalej zapewniają, że będą umożliwiali dzieciobójstwo. Podejmowanie środków dla ochrony zdrowia nie utożsamiają z tym, aby dzieci poczęte miały prawo do narodzin. Inaczej jest w Rosji.

Ochrona życia nienarodzonych obywateli budzi podziw i szacunek. Kończy się on z chwilą porównania zarobków przeciętnej rosyjskiej rodziny do naszych polskich realiów. Zmaganie się z biedą będzie kształtowało politykę Putina w najbliższym czasie. Wsparcie państwa dla żłobków i przedszkoli zderza się z poziomem dofinansowania na jedno dziecko. Wynosi oni niecałe siedem euro, czyli kilkakrotnie mniej niż w Polsce.

Jacek Skrzypacz