Na pierwszy rzut oka Pana Profesora nie poznałam. Cóż, tyle minęło lat. Postarzał się mój pan doktor. Wszak to rocznik 1929, siwizna i pochylenie ramion nie powinny więc dziwić. Jednak czas nie zatarł w mej pamięci pierwszego z Nim spotkania. W założeniu dramatycznego, tak jak dramatyczne jest zetknięcie się z chorobą nowotworową.

W czasie studiów przydarzyła mi się paskudna rzecz. Szczegóły pominę. Wstępna diagnoza powalała. Bestia, która sięgała po moje życie podobno jest bardzo agresywna, choć lekarz stawiający diagnozę pewności nie miał. Skierował mnie więc do Kliniki Onkologicznej przy ulicy Wawelskiej w Warszawie, na konsylium. Czterech lekarzy, dwa odmienne zdania. Ciąć czy zostawić? Przerwałam desperacko te wahania. Ciąć! Co ma być, to będzie. Wszystko w ręku Boga. Trzeba mi tylko paru dni na pożegnanie się z bliskimi, dokończenie swoich spraw. I niestety na wejście, co nieuniknione, w fazę załamania…

Sali operacyjnej opisywać nie muszę. Suchy, jakby nieco ostry zapach medykamentów. Zastrzyki znieczulające wprawdzie pozwalają nie czuć, ale nie wyłączają świadomości, nie mogą ugasić strachu. Chirurg, który się pojawił wydał mi się bezosobowy. Pomyślałam, że ma najmniej czterdziestkę, na tyle wyglądał. Ot, zrobi co do niego należy,  i pójdzie do innych spraw. Po kilku minutach wstępnych przygotowań był gotów do zabiegu. Moją uwagę zwrócił pewien szczegół. Nie miał, jakby się można było spodziewać, długich smukłych palców pianisty, chociaż zawsze sobie wyobrażałam, że chirurg takie powinien mieć. Były to wręcz solidne mocne dłonie, bardziej pasujące do robotnika fizycznego. Dziwne bywają myśli człowieka leżącego na stole operacyjnym…                  

Po zwięzłym „dzień dobry. Kogo my tu mamy?” dr. Kułakowski, to nazwisko wymieniła siostra Katarzyna, pielęgniarka, przystąpił do akcji. Równocześnie zaczął mnie zagadywać, opowiedział coś zabawnego, nawet zanucił piosenkę z repertuaru Czerwonych Gitar. Ten niespodziewanie lekki nastrój udzielił się i mnie. W pewnej chwili do wtóru lekarzowi i ja zaczęłam nucić. Stół operacyjny, skalpele, lancety, operacja – a my sobie podśpiewujemy. Tam właśnie, w tamtej chwili poczułam jak spada ze mnie ciężar strachu, jak do serca wkrada się optymizm, który jest w takich sytuacjach wręcz na wagę złota. Był, co pokazały późniejsze miesiące i lata. Kompletnie wyzdrowiałam. Już wtedy wiedziałam, i przekonanie to trwa aż do dziś, że uleczył mnie na równi talent chirurgiczny pana doktora, jak i Jego umiejętność wyciągnięcia chorej z dołu czarnych myśli. Z idealnym wyczuciem odwrócił moją uwagę od choroby, wymiótł ją swoją pogodą ducha a nawet tym zaskakującym podśpiewywaniem piosenki Seweryna Krajewskiego.  

Powie ktoś, że niby bzdurka, niby nie wielkiego. Lecz moment, gdy człowiek odzyskuje nadzieję,

zawsze jest dla niego momentem wielkim i ważnym. Nie działy się tam, na tamtej sali jakieś sprawy obojętne, bezosobowe, kiedy chory czuje się wyłącznie numerem, jednym z wielu. Działo się tam coś innego. Coś co kazało ufać, że ten człowiek w operacyjnym kitlu nie potrafi być obojętny. Że bardzo chce pomóc i że w tę pomoc wierzy. Oby wszyscy lekarze umieli być właśnie takimi, jak mój kochany doktor, Profesor Andrzej Kułakowski, Kawaler Orderu Orła Białego. Wielki Człowiek.

Ta skromna garstka słów niech będzie moim dla Niego hołdem. Wszystkiego Najlepszego Drogi Panie Profesorze. Wielu sił i wielu lat zdrowia. Dziękuję.

Zuzanna Śliwa