Na skraju lasu i głębiej pojawiały się wpierw małe, z upływem czasu coraz większe sterty śmieci. Gdyby to były resztki z koszenia trawników, pół biedy. Rozkładają się nie czyniąc przyrodzie szkody. Gorzej, że prócz nich zwożone są zużyte meble i materace, stare lodówki a nawet pordzewiałe części samochodów. Szczytem wysiłku ludzi – śmieci było zawieszenie w konarach dębu, na wysokości 3 metrów, fragmentu pogiętej karoserii. Wyczyn ów musiał być dziełem co najmniej dwóch mocnych mężczyzn. Dlaczego wybrali ten a nie inny sposób na pozbycie się żelastwa, prosty rozum nie pojmie. Prawdopodobnie ta sama brygada atletów wtłoczyła między rosnące przy sobie sosny górę wersalki z wyszarpaną tapicerką. Wywindowali ją dwa metry w górę.

Śmieci w naszym lesie to już widok niemal naturalny. Co krok w trawie opakowanie po chipsach, coli lub soku. Nie da się zliczyć buteleczek po piersiówkach, jakby lasem wędrował zastęp drobnych pijaczków. Że groźne, bo ściągając promienie słoneczne wywołać mogą pożar, o tym wiedzą nawet uczniowie podstawówki. Ale oni jeszcze myślą, natomiast ludzie – śmieci z rozumem wyraźnie dawno się rozstali.

Wydaje się logiczne, że śmieci o większych gabarytach muszą być przywożone samochodem, bo rowerem tego nie uciągnie. A samochód, wiadomo, kosztuje. Nie marne grosze, jakie w naszej gminie płaci się za wywóz odpadków ( 20 zł ), lecz o wiele więcej. Dlaczego więc nie kosz na śmieci przed domem i normalny ich odbiór, tylko las, do którego trzeba dojechać zużywając paliwo? Na to pytanie nikt nie potrafi odpowiedzieć. Jakaś forma protestu? Bezbrzeżny debilizm? Pokazanie, że ja - to pan świata? Nienawiść do zieleni? Pytania można mnożyć.

Co robić ze zjawiskiem ludzi - śmieci? Jak ich powstrzymać? Jak karać? A przede wszystkim: jak wyłapać? Jest tu kilka pomysłów, przeważnie autorstwa służb leśnych. Jeden z nich to ukryte kamery, choć trzeba by tych urządzeń nie setki, tysiące, a dziesiątki tysięcy. Bo lasów na razie mamy sporo. Na szczęście część z nich pozostaje czysta, niezaśmiecona. Nie wszyscy bowiem mieszkańcy pobliskich miejscowości należą do rasy śmieciarz leśny.

Przeprowadziłam małą ankietę wśród znajomych, o których wiem, że często po kraju podróżują, korzystając z własnych aut. Zadawałam im jedno pytanie: w jakim rejonie Polski lasy są najbardziej zaśmiecone? Wynik mnie nie zaskoczył, miałam podobne wrażenie. Czołowa lokata na śmieciowym podium należy do woj. mazowieckiego. W niektórych jego rejonach lasy to ohydne śmieciowiska. Trudno orzec, jaka tego przyczyna. Miejscowi mówią, że śmieci wywożą ci z miast; w mojej okolicy są to ponoć mieszkańcy Warszawy, gdzie opłata za wywóz odpadów jest bardzo wysoka. Jadąc za miasto zabierają więc co się da – i po drodze wywalają gdzie się da. Ile w tym prawdy – nie wiem. Być może leży gdzieś pośrodku.

Wraz ze wspomnianym nowym osiedlem śmieci w pobliskim lesie przybyło. Tubylcy są pewni, że brudzą nowi, którzy przeprowadzili się tu głównie z Warszawy. Nie wiem, czy jest właśnie tak, choć oba fakty wyraźnie zbiegają się w czasie. Ten wniosek wyciągnęli i ci, co na dróżce prowadzącej od osiedla w stronę lasu postawili szlaban z napisem „ wjazd wzbroniony”.

Jest i druga strona tego medalu. Ludzie z naszej wsi kilka razy w roku organizują się i maszerują czyścić las. Wśród nich jest sporo dzieci od kilku- do nastolatków. Ostatnia ubiegłoroczna akcja zakończyła się zebraniem ponad 20 dużych worów różnego śmiecia. Niestety, parę tygodni później znów pojawiły się nowe ich sterty.

Jakie znaleźć wyjście? Nie liczę na tzw. ekologów, nie jest to towarzystwo zainteresowane takimi „drobiazgami”. Jedyny sposób to uczulenie społeczeństwa na zjawisko, czym winny zająć się media. Należy też bezwzględnie ludzi-śmieci karać. Nie mandatem 500 zł; taka suma nie odstrasza. Większą siłę może mieć kara  np. 5 lub 10 tysięcy. Trzeba lasy ratować. Póki jeszcze jest co.

Zuzanna Śliwa