Przygotowany plan miał na celu szerzenie manipulacji, dezinformacji i dezintegracji rywali. Wystarczy popatrzeć na to, co się działo na początku kwietnia w kampanii Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Kandydatka powoli, ale skutecznie została opuszczona przez swoją partię. Najważniejsze osoby w jej sztabie gdzieś się rozproszyły. Kandydatka miała wokół siebie pustkę, brak jakiegokolwiek wsparcia, nawet tego technicznego. Dało się to zauważyć przy nagrywaniu wystąpień czy organizowaniu internetowych rozmów z wyborcami.  Sama Małgorzata Kidawa-Błońska nic o szykującej się podmiance nie wiedziała.  Specjalnie trzymano ją w niewiedzy, aby była autentyczna i gdzieś przy jakiejś okazji nie wygadała się o planach. Wykorzystano ją cynicznie i bezwzględnie, ale taki jest styl tej partii.


Jak w dobrze przygotowanym spektaklu teatralnym, każdy dostał przydzielona role.  Donald Tusk miał przygotowywać i urabiać Rafała Trzaskowskiego. Jego lekcje widać obecnie po wystąpieniach kandydata. Ta sama agresja wypowiedzi, taka sama retoryka, tylko wykonanie mniej uwodzące. Donald Tusk swojego czasu miał charyzmę, był doskonale opanowany, czego niestety brakuje Rafałowi Trzaskowskiemu. Ważną rolę miał do spełnienia marszałek Senatu Tomasz Grodzki. Powinien do maksimum przetrzymywać w wyższej izbie parlamentu ustawę o wyborach korespondencyjnych, aby wprowadzenie jej w życie na pięc dni przed terminem wyborów okazało się niemożliwe do realizacji. Borys Budka miał dezinformować opinię społeczną, zapewniając solennie, że jedyną możliwą kandydatką z ramienia partii jest Małgorzata Kidawa- Błońska. Jednocześnie miał pozorować, aby kampania dalej toczyła się ustalonymi torami. Ograniczenia w jej prowadzeniu miały być rezultatem stanu epidemiologicznego. Jednocześnie przestano topić pieniądze na jakiekolwiek materiały kampanijne. 


Od połowy kwietnia nową  kandydaturę sprawdzano w sondażach. Czyniono to w ścisłej tajemnicy, którą była związana także sama sondażownia. Podobno już pod konie kwietnia zaczęto zbierać podpisy dla Rafała Trzaskowskiego, mówiąc, że są one potrzebne Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, bo przecież mają być rozpisane nowe wybory i w związku z tym potrzebne są nowe podpisy. Zadbano także o  domenę internetową dla nowego kandydata na czas jego kampanii. O zbieraniu podpisów niechcący wygadała się Hanna Gronkiewicz-Waltz w chwili wejścia do akcji nowego kandydata. 


Rozegrała się jeszcze jedna farsa z udziałem Radosława Sikorskiego, który w ramach demokratycznych wyborów miał być konkurentem Rafała Trzaskowskiego. Sikorski dał się kolejny raz wciągnąć do takiej gry, nie wiedząc nic o rzeczywistej sytuacji. Po raz pierwszy zagrał w tym teatrzyku pod szyldem demokracja podczas tzw. prawyborów na kandydata na prezydenta w 2010 roku. Z góry wiadomo było, że zostanie nim Bronisław Komorowski. W 2013 i 2014 roku Sikorskiego ograł również Donald Tusk. Chodziło o stanowisko w instytucjach Unii Europejskiej. Tusk miał je rzekomo załatwiać dla Sikorskiego, w rzeczywistości załatwiał je dla siebie.  Obecnie również nie poinformowano Sikorskiego o rzeczywistym planie z obawy, że może unieść się honorem, że jego narcyzm i rozdęte ego mogą zdradzić rzeczywiste plany. 


Plan był misternie przygotowywany. Żeby się udał, trzeba było za wszelką cenę nie dopuścić do terminu 10 maja. I w ten scenariusz idealnie wplasował się Jarosław Gowin ze swoim niejasnym działaniem w obozie Zjednoczonej Prawicy. Uwiarygodnił dodatkowo plan Platformy z podmienieniem kandydata na prezydenta. Winę za storpedowanie konstytucyjnego terminu wyborów  udało się obciążyć nie tylko PO, ale także koalicjanta Zjednoczonej Prawicy.  Gowin dał się wciągnąć w tę brudną grę. Władze PO spotykały się z nim, dowartościowywały go, chwaląc za odpowiedzialność, mądrość.


Plan Platformy powiódł się. Partia została uratowana przed rozkładem, który zwiastowały spadające na łeb na szyję sondaże Kidawy-Błońskiej. Partia poczuła się pewnie i chce wejść znowu do gry, jako inżynier odbudowy dawnego porządku III RP.
Iwona Galińska