Takim momentem mieszanym był niewątpliwie “ciamajdan” w grudniu 2016 roku, kiedy zgrai Wielce Czcigodnych obrońców demokracji  nikt nie powiedział, że Nasza Złota Pani uznała operację za zakończoną – więc przez całe święta Bożego Narodzenia kotwasili się w sali plenarnej Sejmu, układając okolicznościowe kantyczki – aż wreszcie ktoś się nam nimi zlitował i dopiero wtedy poszli do domu.

Większy ładunek dramatyzmu towarzyszył i towarzyszy nie tylko wydawanym na tak zwane “społeczne zamówienie” - jak to mawiano za komuny – wyroków przeciwko Polsce przez niezawisły Europejski Trybunał Sprawiedliwości, nie tylko podszczuwaniu na Polskę Komisji Europejskiej, ale również powtarzających się aktów zdrady stanu ze strony Wielce Czcigodnych przedstawicieli obozu zdrady i zaprzaństwa w Parlamencie Europejskim. Te akty zdrady stanu pozostają bezkarne, podobnie jak to było w wieku XVIII, gdy rozpasanie i bezkarność agentury doprowadziła w końcu do likwidacji państwa polskiego.  Z kolei elementem komicznym w tej sytuacji jest okoliczność, że obydwa obozy, to znaczy – obóz “dobrej zmiany”, jak i obóz zdrady i zaprzaństwa, spierają się już tylko o różnicę łajdactwa: owszem, my korzystamy z zasobów państwa, by sobie pyski umoczyć w melasie, ale wyście robili jeszcze gorsze wydzierki, więc o co wam tak naprawdę chodzi? Dotychczas te spory nie wychodziły tedy poza ramy nakreślone przez zasadę leżącą u podstaw III Rzeczypospolitej: my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych – ale oto pojawiają się symptomy, że te ramy mogą być przekreślone, a wtedy – finis Poloniae!


   Oto podczas niedawnego posiedzenia Sejmu, na którym dyskutowany był – jeśli można użyć tego słowa na określenie tej awantury – wniosek premiera Morawieckiego o udzielenie rządowi wotum zaufania, Naczelnik Państwa określił był swoich politycznych przeciwników mianem “chamskiej hołoty”. Wywołało to falę oburzenia z ich strony i na przykład Wielce Czcigodna Barbara Nowacka uznała te słowa za niegodne “inteligenta z Żoliborza”. Widocznie skądś wie, jak wyrażają się inteligenci, a zwłaszcza - tamtejsi inteligenci. Przypomina mi to rozmowę, jaką w 1968 roku odbyłem z SB-kiem, kiedy starałem się o paszport zagraniczny na wyjazd do Francji przez Danię. Wypytywał mnie on o moją siostrę, która już od paru lat przebywała we Francji - co ona tam robi. Kiedy wyjaśniłem, że studiuje, zaczął się dziwować, jakże to możliwe, skoro tamtejsze studia “tyle kosztują”. Zapytałem go, skąd wie takie rzeczy – czy może sam też tam studiował? W rezultacie obraził się na mnie, podobnie jak Wielce Czcigodna Barbara Nowacka na Naczelnika Państwa i  żadnego paszportu nie dostałem  “z powodu ważnych względów państwowych”.

Związany z Niemcami internetowy portal “Onet” napisał, że Naczelnikowi Państwa “puściły nerwy”. Wszystko to być może, ale jeśli nawet, to myślę, że “bez swojej wiedzy i zgody” użył określenia ścisłego. Jakoś bowiem zgraję Wielce Czcigodnych trzeba nazwać, a skoro trzeba, to właściwie dlaczego nie właśnie tak? Żeby było jasne, odnosi sie do do przedstawicieli obydwu zwaśnionych obozów, między innymi dlatego, że zasiadający w komisji administracji i spraw wewnętrznych, zgodnie, ponad podziałami, odrzucili wniosek posła Grzegorza Brauna o dopisanie do projektu ustawy zasady, by koordynatorzy do spraw ochrony infrastruktury krytycznej byli obywatelami polskimi i zamieszkiwali w Polsce. W tej sposób została otworzona ustawowa furtka dla penetracji przez obce wywiady – na przykład Mosad, bo Izrael  też jest naszym sojusznikiem – infrastruktury krytycznej na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej. Jest to bardzo podobne do uchwał sejmowych z wieku XVIII, kiedy to naszym sojusznikiem była Rosja, a ambasador Repnin, czy Stackelberg – cieszyli się i korzystali ze swobody działania podobnej do tej, jaką dzisiaj cieszy się w naszym bantustanie pani Zorżeta Mosbacher. W takiej sytuacji określenie “chamska hołota” wydaje się bardzo uprzejme, bo chamstwo może być niezamierzonym efektem braku kindersztuby, podczas gdy zdrada już nie – a posądzanie Wielce Czcigodnych, że nie rozumieją ustawy, nad którą debatują, ani nie są w stanie ogarnąć myślą skutków przyjętych rozwiązań, byłoby niegrzeczne tym bardziej, że i o otwarciu owej furtki i potencjalnych tego skutkach, zostali przecież poinformowani.


   Ale to jest element dramatyczny, podczas gdy niezamierzony efekt komiczny wywołuje wystąpienie pana Mateusza Damięckiego, który przedstawił Naczelnikowi Państwa ultimatum, ze jeśli w ciągu 24 godzin go nie przeprosi, to “będzie go to drogo kosztowało”. Pan Mateusz Damięcki jest aktorem i zarazem przykładem coraz częściej spotykanego w Polsce zjawiska dziedziczenia pozycji społecznej.  Zawsze mówiłem, że kiedy aktorzy recytują teksty napisane przez Szekspira, to robi to wrażenie, ale kiedy zaczynają wygłaszać własne teksty, to bardzo często czar natychmiast pryska. Ale mniejsza o to, bo znacznie ciekawsze są przyczyny, dla których określeniem “chamska hołota” poczuł się dotknięty akurat pan Mateusz Damięcki, po drugie – jakie “koszty” ma pan Damięcki na myśli, informując Naczelnika Państwa, że będą one “drogie”, a po trzecie – czy ma na myśli jakąś konkretną sumę, czy tylko pewne minimum, od którego za żadne skarby nie odstąpi? Wreszcie – w jaki sposób zamierza on te “koszty” wyegzekwować; czy przy pomocy niezawisłego sądu, politycznie zaangażowanego po stronie obozu zdrady i zaprzaństwa, czy też jakichś “elementów socjalnie bliskich” z Pruszkowa, czy Wołomina? Pytam o to, bo sam też zostałem narażony na “koszty”, które jednak w porównaniu z innymi, wymuszanymi w ramach ekspansji przemysłu molestowania, były stosunkowo niskie – no a teraz znowu stoję w obliczu kolejnej próby egzekucyjnej. Nawiasem mówiąc, z tego punktu widzenia nie widać specjalnej różnicy między Pruszkowem, czy Wołominem, a organami naszego bantustanu, a skoro – jak powiada znana reklama  proszku do prania – nie widać różnicy, to po co przepłacać?
   Jeśli tedy Naczelnik Państwa ma rację, to znaczy, że “chamska hołota” przedarła się na same szczyty konstytucyjnych struktur naszego bantustanu, a stamtąd, siłą grawitacji, przesiąka coraz to niżej i niżej, by “pysk umoczyć w melasie” – oczywiście dla naszego dobra – bo jakże by inaczej?
                                                              Stanisław Michalkiewicz