A sama jego śmierć była nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, gdy brutalna procedura policyjna (legalna i wspaniała, bo wyuczona przez stosujących ją na Palestyńczykach przedstawicielach „sił dobra”, czyli instruktorów z Izraela) spotkała się z problemami oddechowymi spowodowanymi krążącymi we krwi prochami. I jedyny zarzut, który można postawić policjantowi, to nieumyślne spowodowanie śmierci, ponieważ jeżeli chciałby go naprawdę „zamordować”, jak głoszą wszelkie, lewackie me(n)dia głównego ścieku to po prostu by go zastrzelił, a nie aresztował. Miał do tego pełne prawo. Od razu także policjanci biorący udział w zatrzymaniu zostali zwolnieni ze służby, a FBI wszczęło w ich sprawie dochodzenie. Teraz dodatkowo zostali aresztowani (co jest po prostu chamskim zagraniem medialnym) i staną przed sądem, a Miasto Mineapolis… pozwało Policję Mineapolis.  To powinno zamknąć całą sprawę, ale oczywiście stało się inaczej.        

Tyle o samej śmierci naszego milusińskiego. Śmierci głupiej, niepotrzebnej, ale całkowicie przypadkowej. A propos tego pana rzekomo „zamordowanego przez policję”, jak widać ten pan nie był wcale taki święty... Teraz napiszmy o wszystkim, co się zadziało później, czyli o murzyńskich zamieszkach, aktywnie wspieranych przez rozmaite lewackie dziadostwo z amerykańskich uniwersytetów. A to co się dzieje to konsekwencja jednego - wypuszczenia murzynów (i lewaków) na miasto, jak mają oni pełną świadomość, że może gwałcić, palić i rabować bez konsekwencji. A mogą, ponieważ działa ten sam mechanizm, który był po śmierci kibica w Słupsku, kiedy to ministrem spraw wewnętrznych był „pornograficzny grubas” Ryszard Kalisz i można było bezkarnie dokopać policji, sparaliżowanej odgórnymi rozkazami od debilnych polityków. I wtedy dzieje się to, co skomentowano na „Killerze” – jeśli komuś chcesz dać w mordę, to wybierz policjanta, bo na pewno ci nie odda. Teraz to samo dzieje się w Stanach. Tak więc me(n)dia głównego nurtu do spółki ze wszelkiej maści lewacką swołoczą sprawiły, że „zabójstwo bulwersuje Amerykanów, a policja musi mierzyć się z zarzutami o rasizm i niewspółmierną przemoc”. W efekcie „protesty” rozgorzały w wielu miastach USA. A od protestów do zamieszek to już tylko jeden, niewielki krok. To tak, jakby rozlać benzynę i zacząć się bawić zapałkami.

Teraz przyjrzyjmy się owej „biedzie” i „wykluczeniu” tej „dyskryminowanej mniejszości”, jaką są amerykańscy Murzynowie. Cóż największym przejawem tej „dyskryminacji” jest utrzymywanie na zasiłkach trzeciego pokolenia afro-nierobów. A jednocześnie nie wymaganie od nich niczego – ani obowiązku szkolnego, ani pracy. Zresztą, żeby mieć jakąkolwiek pracę, żeby coś w ogóle mieć to trzeba nauczyć się zawodu, języka obcego (w sumie w Stanach nawet tego nie – wystarczy, żeby ten Murzyn mówił po angielsku nie gorzej, niż uciekinier z Północnej Korei po pół roku nielegalnego przebywania na terenie Stanów. A angielskiego się nie nauczył, bo przecież do szkoły chodzić mu się nie chciało. Zupełnie jak u nas z biednymi i wykluczonymi Cyganami). Dodatkowo trzeba być trzeźwym, nie wąchać i nie wstrzykiwać sobie prochów, nie handlować nimi, ani nie zajmować się sutenerstwem, czy strzelaniem do innych Murzynów, mieć normalny dom nie ulice (i tak większość Murzynowa ma te domki, ale od opieki społecznej, w ostateczności mieszkania w blokowiskach. Sami nie zarobili na nie). Tylko kto ma tego małe murzyniątka nauczyć, skoro Dzień Ojca to najbardziej kłopotliwe święto w „afroamerykańskich” dzielnicach, bo blisko 80 procent czarnych dzieci wychowuje się bez ojca. Który albo chla, albo ćpa, albo siedzi w pierdlu, ewentualnie z powyższych przyczyn dawno nie żyje. W każdym razie mamy piękny przykład międzypokoleniowej transmisji nieróbstwa i patologii.

I tyle na temat rzekomego „gniewu ludu” objawiającego się niszczeniem małych biznesików ciężko pracujących ludzi (nawet bezdomnemu nie odpuścili paląc jego materac i tańcząc wokół ognia), paleniem budynków i rozkradaniem sklepów z telewizorami i elektroniką. W sumie i tak chodzi tylko o to, żeby bezkarnie porzucać kamulcami w policję i zajumać ze sklepu nową 52 calową plazmę, czy markowe buty. 

Piotr Stępień