Czy rzeczywiście? Wszyscy pamiętamy głęboką nienawiść Platformy Obywatelskiej do tego ugrupowania. Mateusz Marzoch, narodowiec, szef straży Marszu Niepodległości, członek zarządu Stowarzyszenia MN nie może się nadziwić: „To jest straszny dysonans. W głowie się nie mieści, że dla korzyści, jaką byłyby głosy wyborców Krzysztofa Bosaka i Konfederacji, będą się tak do nas przymilać. Czy oni są, za przeproszeniem, aż tak głupi, że myślą ,iż ludzie im uwierzą? A może myślą, że nasi wyborcy są niespełna rozumu i im zaufają?(…) Przez wszystkie lata swego urzędowania Hanna Gronkiewicz-Waltz wręcz czyhała na to, by znaleźć pretekst i ten marsz oraz inne nasze wydarzenia po prostu rozwiązać. Było wiele złośliwości, jak choćby wystawienie któregoś roku faktury za „sprzątanie miasta po Marszu Niepodległości”. Czy po Paradach Równości takie rzeczy też się dzieją?”

Nieustannie szukano pretekstów, aby Marsz odwołać. Posunięto się nawet do takiej prowokacji, jak podpalenie budki pod ambasadą rosyjską i nakaz natychmiastowego rozwiązania Marszu. Wielotysięczny pełen emocji tłum wzięty w pułapkę uliczną. Myślano, że sprowokują do zamieszek, wkroczenia policji z pałkami i gazem łzawiącym, dużej ilości rannych. Taki obraz naszego narodowego święta miał pójść w świat. Szef Stowarzyszenia Marsz Niepodległości Robert Bąkiewicz pamięta: „ Przypominamy sobie, jak w latach 2010-2015 policja nas gazowała, pałowała, przywożono antifiarzy, terrorystów z Niemiec, po to, żeby nas bić”. To w 2011r. doszło do gorszących scen na Krakowskim Przedmieściu jeszcze przed rozpoczęciem przemarszu. Na grupy rekonstrukcyjne napadały bojówki Antify sprowadzone z Niemiec. Na policjantów ruszyło około stu osób z lewackich organizacji. I znów w świat miał pójść przekaz, że z Marszem związana jest niebezpieczna dzicz, faszyści, którzy stanowią niebezpieczeństwo nie tylko dla Polski, ale także dla całej Europy. Znalazło to swój wyraz w wystąpieniu w Parlamencie Europejskim Guya Verhofstadta, który mówił „o marszu 60tys. faszystów”. 11 listopada 2018r. Borys Budka tak pisał na Twitterze: „trzeba być skończonym idiota, by 100 lat niepodległości świętować pod sztandarami zdelegalizowanej przed wojną organizacji wspólnie z nacjonalistami z innych krajów, i jeszcze nazywać ich przyjaciółmi”.

Doszło do tego, że 20 listopada 2017 r. posłowie PO Sławomir Nitras i Monika Wielichowska napisali do Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry z żądaniem złożenia wniosku o delegalizację Stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Jako powód podają, że podczas marszu „w trakcie przedmiotowego zgromadzenia jego organizatorzy nie podjęli skutecznych działań, aby zapobiec propagowaniu przez uczestników zgromadzenia nazistowskich, faszystowskich oraz rasistowskich postaw”. Dalej zarzucają dopuszczenia się łamania konstytucji art. 13 czyli propagowania faszystowskich działań zagrażających państwu. Była to reakcja na pojawienie się na Marszu małej grupki osób, która nie powinna manifestować swoich chorych poglądów. Ale czy Parady Równości z ewidentnym łamaniem konstytucji, z profanowaniem wiary były tak samo potraktowane?

Dzisiejszy kandydat na prezydenta wice szef PO Rafał Trzaskowski powinien sobie przypomnieć wezwania podczas kampanii samorządowej do wszystkich kandydatów na prezydenta stolicy o poparcie wniosku o delegalizację ONR. Krytykował IV Marsz Zwycięstwa Rzeczypospolitej, który przeszedł ulicami Warszawy w dniu Święta Wojska Polskiego. „Albo jasno powiemy, że nie ma miejsca na tego typu zachowania, nie ma miejsca na faszyzm w Warszawie i w Polsce, albo tak jak niektórzy członkowie rządu PiS będziemy starali się tego typu zachowania usprawiedliwiać”. 1 sierpnia ratusz jeszcze przed wygaśnięciem kadencji Hanny Gronkiewicz- Waltz podjął decyzję o rozwiązaniu marszu Obozu Narodowo-Radykalnego. Słynna już szefowa Biura Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Ewa Gawor tak tę decyzję uzasadniała: „sposób ustawienia czoła pochodu i użycia flag nawiązywał do przemarszów z lat 30 włoskich faszystów i niemieckich nazistów”.

Po wygraniu wyborów, Rafał Trzaskowski poparł tę decyzję, twierdząc, że” nie ma zgody na faszyzm w Warszawie”. A 1 maja 2019 roku próbował nie dopuścić do Marszu Suwerenności organizowanego przez Konfederację. Tak to argumentował: „W Warszawie nie ma miejsca na brunatne marsze, to jest miejsce wyjątkowe, uświęcone krwią, i nie ma tutaj miejsca na tego typu manifestacje, na tego typu hasła”. Konfederacja odwołała się do sądu i Trzaskowski przegrał w obu instancjach.

Dziś Trzaskowski umizguje się do narodowców, zabiegając o ich poparcie w wyborach. Odżegnuje się od własnych słów i decyzji z przeszłości. Tylko czy ktoś mu jeszcze wierzy? Wiadomo, że tydzień po wyborach zapomni o swoich umizgach i pokarze twarz sprzed kampanii prezydenckiej. Chyba wiedzą o tym zwolennicy Konfederacji. Witold Tumanowicz ważny działacz Ruchu Narodowego tak to puentuje: „To umizgiwanie się do nas jest śmieszne. Czy na kogoś zadziała? Nie wydaje mi się. A nawet może być kontrskuteczne”.

Iwona Galińska