Liberalizm zakłada, że ludzie są egoistami, którzy dążą jedynie do zaspokojenia własnych pragnień. W związku z tym zabiegają jedynie o swoje interesy. Twierdzi się jednak, że jeżeli jednak im się to umożliwi to ogół ludzi na tym skorzysta, bo będą oni potrzebowali rąk do pracy, wdrażali nowe technologie itd. Socjalizm z kolei akcentuje znaczenie wspólnoty, ale w praktyce przeciwstawia ją jednostce, której swobodę krępuje wieloma regulacjami. Ponadto promuje teorię walki klas, która polaryzuje społeczeństwo, wprowadza nieustanne konflikty, rozpala uprzedzenia i nienawiść. Kiedyś była to walka robotników z burżuazją, a dzisiaj jest to walka „mniejszości seksualnych” i innych, np. ekologów, feministek, z „tyrańską większością”.

Obie te ideologie opierają się na pogańskiej wizji człowieka i polityki, która faworyzuje nielicznych i uderza w najsłabszych. Obie bazują na nierealistycznych założeniach i przynoszą wiele różnych szkód społecznych związanych albo z brakiem troski o ludzi, albo z przesadną troską. Mam tu na myśli „socjal”, który rozleniwia, prowadzi do patologii, a dzisiaj jeszcze ściąga imigrantów z dalekich krajów.

Katoliccy myśliciele, zwłaszcza okresu międzywojennego, pisząc o polityce oparli się na zasadach Nauki Społecznej Kościoła. Była to zasada dobra wspólnego, powszechnego przeznaczenia dóbr, pomocniczości, uczestnictwa i solidarności. Kompendium Nauki Społecznej Kościoła zawiera stwierdzenie: „W podstawowym i szerokim ujęciu dobro wspólne to suma tych warunków życia społecznego, które pozwalają bądź to grupom, bądź poszczególnym jego członkom pełniej i szybciej osiągnąć ich własną doskonałość. Dobro wspólne nie jest prostą sumą partykularnych dóbr każdego podmiotu w wymiarze społecznego organizmu. Należąc do wszystkich i do każdego, dobro to jest i pozostaje wspólne, ponieważ jest niepodzielne i można je osiągać, pomnażać i chronić tylko razem, także z uwagi na przyszłość” (par. 164). Dobro wspólne zakłada, że jest jakaś sfera wspólna dla różnych wspólnot, np. jak rodzina, jak również dla wszystkich Polaków, o którą powinni zabiegać. Dzisiaj jest to zupełnie niezrozumiałe. Politycy dbają przeważnie jedynie o własne interesy, interesy partyjne lub grup lobbystów, wśród których mogą być także grupy wyborców. Nie mają jednak żadnego poczucia istnienia dobra wspólnego, a ich wizja polityki sięga tylko do najbliższych wyborów. Stąd mamy nieustanne zmiany w edukacji, czy w służbie zdrowia, które im nie służą, ale są jedynie działaniami pozorowanymi. Zasada dobra wspólnego wymaga ponadto od polityków, by harmonizowali oni interesy różnych grup społecznych. Mają oni dbać o to, by jakaś grupa ludzi nie była zbytnio faworyzowana ze szkodą dla innych. Dzisiaj niestety także o tym się zapomina.

Zasada powszechnego przeznaczenia dóbr mówi z kolei o tym, że dobra materialne mają służyć wszystkim ludziom. Stąd chociaż Kościół zawsze stanowczo bronił własności prywatnej uznawał także, że nie można jej absolutyzować. Gospodarka powinna być tak skonstruowana aby każdy mógł, o ile będzie chciał, rozwijać się korzystając z pewnej niezbędnej ilości dóbr materialnych. Nie może być tak, że ktoś korzysta ze swojego majątku szkodząc i zniewalając innych. Nie może być tak, że korporacje wysysają pieniądza z Polski i wysyłają je do innych krajów. Rządzący mają prawo kontrolować przepływ kapitału i dbać o to, aby służył on wszystkim. W sposób szczególny podkreślano zawsze „preferencyjną opcję na rzecz ubogich”, która zakłada szczególną troskę wobec najsłabszych.

Zakłada ona: „jak nie wolno jednostkom wydzierać i na społeczeństwo przenosić tego, co mogą wykonać z własnej inicjatywy i własnymi siłami, podobnie niesprawiedliwością, szkodą społeczną i zakłóceniem porządku jest zabierać mniejszym i niższym społecznościom te zadania, które mogą spełnić, i przekazywać je społecznościom większym i wyższym. Wszelka bowiem działalność społeczności mocą swojej natury winna wspomagać człony społecznego organizmu, nigdy zaś ich nie niszczyć ani nie wchłaniać” (Kompendium Nauki Społecznej Kościoła, par. 186). Konsekwencją przyjęcia tej zasady jest realizacja kolejnej zasady, jaką jest uczestnictwo. Zakłada ona, że każdy obywatel ma prawo uczestniczyć w życiu wspólnotowym i społecznym i to w stopniu możliwie, jak najszerszym.

Ostatnią zasadą jest zasada solidarności, którą należy rozumieć jako zasadę społeczną: „Solidarność powinna być rozumiana przede wszystkim w znaczeniu zasady społecznej, porządkującej działanie instytucji, zgodnie z którą struktury grzechu, panujące w stosunkach między osobami i narodami, powinny zostać przezwyciężone i przemienione w struktury solidarności, poprzez stworzenie albo odpowiednie zmiany praw, reguł rynku, przepisy”.

Jest to jednak także cnota: „Solidarność jest również prawdziwą cnotą moralną, nie zaś tylko jakimś nieokreślonym współczuciem czy powierzchownym rozrzewnieniem wobec zła dotykającego wielu osób, bliskich czy dalekich. Przeciwnie, jest to mocna i trwała wola angażowania się na rzecz dobra wspólnego, czyli dobra wszystkich i każdego, wszyscy bowiem jesteśmy naprawdę odpowiedzialni za wszystkich. Solidarność podniesiona jest do rangi podstawowej cnoty społecznej, ponieważ mieści się w obszarze sprawiedliwości, cnoty w najwyższym stopniu ukierunkowanej na dobro wspólne, i wiąże się z „zaangażowaniem dla dobra bliźniego wraz z gotowością ewangelicznego «zatracenia siebie» na rzecz drugiego zamiast wyzyskania go, „służenia mu” zamiast uciskania go dla własnej korzyści” (KNSK 193).

Zasady te można starać się realizować w rzeczywistości, w jakiej żyjemy. Najpełniej jednak mogą być one zrealizowane w ustroju korporacyjnym.

Jest to fragment książki Michała Krajskiego pt. "Co chrześcijaństwo dało światu". Do nabycia na stronie wydawnictwa Capital Book - Tutaj