Sprawa dotyczy nieżyjącego już ginekologa Jana Wildschuta, który w latach 1981-1993 pracował w szpitalu Sophia, obecnie znanym jako Isala. "Z moralnego punktu widzenia Isala uważa, że niedopuszczalne jest, aby lekarz ginekolog zajmujący się płodnością był zarówno lekarzem, jak i dawcą nasienia" - stwierdził szpital. Placówka poinformowała, że dzieci ginekologa, których pokrewieństwo potwierdzono testami DNA, oraz jego rodzina są w stałym kontakcie i mają ze sobą dobre relacje. Władze stworzyły profil DNA lekarza, aby inne dzieci byłych pacjentek szpitala mogły sprawdzić, czy Wildschut jest ich biologicznym ojcem.

Nie jest to jednak pierwszy wykryty przypadek holenderskiego lekarza zajmującego się sztucznymi zapłodnieniami, który używał własnego nasienia do zapłodnienia pacjentek. Na początku ubiegłego roku świat obiegła informacja, że testy DNA potwierdziły podejrzenia, że zmarły przed dwoma laty szef holenderskiej kliniki podczas zabiegów sztucznego zapłodnienia korzystał z własnej spermy. Zgodnie z ogłoszonymi wynikami, lekarz „spłodził” co najmniej 49 dzieci. Lekarz prowadził „centrum leczenia niepłodności” do 2009 roku. Placówka została zamknięta m.in. z powodu podejrzeń, że stosował w zabiegach własne nasienie. Karbaat miał podobno mówić, że doczekał się 60 potomków. Przed dwoma laty stanął przed sądem. Wkrótce potem zmarł. Po jego śmierci, w należącym do niego domu zabezpieczono próbki DNA. Sąd pozwolili w piątek na ujawnienie wyników badań. Dzieci pacjentów kliniki powołały zrzeszenie, Defence for Children, i wynajęły prawnika, który reprezentuje ich interesy w sądzie. Holenderska agencja ANP, powołując się na informacje z tego źródła podała, że nasienie lekarza mogło też trafić do innych klinik.

Holandia to nie jedyny „postępowy” kraj w którym dochodzi do kuriozalnych sytuacji związanych z propagowaniem lewicowych działań i „zabawy” ludzkim życiem i genetyką. 40-letnia Amerykanka w 35. tygodniu ciąży postanowiła oddać dziecko, które nosi, jego rodzicom biologicznym, kiedy dowiedziała się, że przy zapłodnieniu in vitro popełniono pomyłkę - pisze wczorajszy brytyjski dziennik "Daily Telegraph". Carolyn Savage i jej mąż Sean postanowili oddać mającego się urodzić w ciągu dwóch tygodni chłopca jego biologicznym rodzicom. Państwo Savage mają już dwóch synów w wieku 15 i 12 lat oraz półtoraroczną córeczkę, również poczętych in vitro. "Bardzo silnie odczuwaliśmy, że musimy każdemu z zarodków, jakie stworzyliśmy, dać szanse życia" - powiedziała pani Savage. O tym, że jest w ciąży kobieta dowiedziała się w lutym, po udanym zabiegu wszczepienia ostatniego z jej zamrożonych embrionów. Lekarze uznali, że to ostatnie dziecko, jakie może urodzić. Kłopoty zaczęły się, kiedy pan Savage otrzymał w biurze telefon z kliniki. Dzwoniono, żeby powiedzieć, że zaszła pomyłka, i jego żonie wszczepiono cudzy zarodek. Kiedy Carolyn dowiedziała się, co się stało, "zbladła jak ściana". Ale pomimo trudności, małżeństwo Savage'ów uważa, że zdecydowało się na właściwy krok - pisze "Daily Telegraph". Biologiczni rodzice chłopca wyrazili swoją wdzięczność - powiedziała pani Savage. "Powiedzieliśmy im, że wiemy, że nie prosili o to. Nie zamierzamy im się narzucać" - dodała. "Oczywiście, będziemy interesować się chłopcem do końca naszego życia. Mamy nadzieję, że wszystko będzie dobrze, ale to oni są jego rodzicami i pozostawimy ich decyzji, kiedy i czy w ogóle mu o wszystkim powiedzą - wyznała. - Po prostu chcemy wiedzieć, czy jest zdrowy i szczęśliwy". Prawnicy Savage'ów pracują nad tym, by klinika leczenia bezpłodności, w której doszło do zamiany zarodków, "w pełni odczuła odpowiedzialność za konsekwencje niedopatrzenia" - pisze "Daily Telegraph".

DZ