Nie było tu mowy o unowocześnianiu kraju, o innowacyjności w gospodarce. Podobnie wyglądało osiem lat rządów liberałów z PO. Lewica chwaliła się wepchnięciem Polski do Eurokołchozu, a liberałowie utrwaleniem tej obecności. Jak mawiał wówczas prominentny działacz liberałów Janusz Lewandowski, nie ważne za ile sprzedajemy polskie przedsiębiorstwa państwowe, ważne że są chętni żeby je kupić.

Te grabieże w majestacie prawa oraz ubóstwo polskiej myśli gospodarczej, obydwa wspomniane nurty polityczne rekompensowały sobie i niestety społeczeństwu, coraz głębszym zaangażowaniem na polu przemian obyczajowych. Socjaliści i liberałowie jednym głosem postanowili wnieść trochę światłej nowoczesności do polskiego ciemnogrodu. Tak pojawiły się organizacje i ruchy społeczne propagujące homoseksualizm, walczące z rzekomym krzywdzeniem kobiet w Polsce, pochylające się z troską nad losem polskiej norki, a w trosce o polskie środowisko naturalne walczące z polskim węglem. Początkowo wydawało się, że tymi idiotycznymi postulatami można zdobyć poklask tylko wśród najbardziej prymitywnej części społeczeństwa, podatnej na manipulacje lub tej jej skrajnie zdegenerowanej części, która ze wstydem mówi o swojej polskości, za to chętnie podkreśla swoją świeżo nabytą europejskość. Z perspektywy czasu, który upłynął i skali ostatnich wydarzeń widać, że udało się to co wydawało się niemożliwe - walka o prawa rzekomo dyskryminowanych w Polsce homoseksualistów stała się ważniejsza niż kondycja polskiej gospodarki w dobie epidemii. Kwestie obyczajowe oraz te z pogranicza ochrony przed rzekomym globalnym ociepleniem i zrównywania zwierząt z ludźmi, stały się pierwszoplanowe.

Można odnieść wrażenie, że dla lewicy i liberałów kwestie gospodarcze przestały istnieć, na rzecz wywalczenia praw dla jakichś binarnych kobiet czy troski o jak najszybsze zamknięcie polskich kopalń, rzekomo dla dobra Polski. Homoseksualizm promuje się w domach dziecka, a zaburzoną psychicznie nastolatką ze Szwecji, która postuluje zamknięcie polskich kopalń spotykają się zarządy tych kopalń i związki zawodowe ochoczo pozujące do wspólnych zdjęć z karykaturalną wersją Pipi Lansztrung. Od miesiąca cała Polska żyje terrorem lewicowych i liberalnych aktywistów. Którego ostrze wymierzone jest w struktury państwa oraz Kościół katolicki. Patrząc na to z boku, wydawać by się mogło, że wystarczy tylko wyplenić Kościół w Polsce a przyniesie to diametralnie pozytywne zmiany w państwie. Tak jakby zniszczenie Kościoła miało przyczynić się do zmniejszenia: bezrobocia, ubóstwa, skali zadłużenia Polaków w zachodnich bankach czy plagi alkoholizmu.

Wobec tak przyjętego kierunku działania, z tak zarysowanymi obszarami ideologicznej walki nie mogli pozostać obojętni ludzie o poglądach narodowych czy konserwatywnych. Wiara w Boga i poszanowanie dla instytucji Kościoła oraz troska o zdrową rodzinę stanowią przecież kluczowe elementy światopoglądu narodowo-konserwatywnego. Z jednej strony to dobrze, że ten sprzeciw istnieje i jest widoczny pomimo przewagi drugiej strony, dysponującej wsparciem potężnych środków finansowych płynących na rzecz deprawacji Polaków z Zachodu, a wspieranych przez czołowe polskojęzyczne media prywatne. Z drugiej strony jednak wpycha to narodowców i konserwatystów, w karby prowadzenia polityki, której ton nadają socjalliberałowie. W efekcie niebezpiecznie zaszufladkuje to również prawicę. Dziś wygląda to tak jakby, ani lewica, ani prawica nie zajmowały się gospodarką, ekonomią, przemysłem czy rolnictwem, a cały spór w państwie skupia się na kwestie światopoglądowych i obyczajowych.

Na przełomie XIX i XX wieku oraz w czasach II RP postęp kojarzony był z postępem cywilizacyjnym rozumianym jako rozwój gospodarczy czy naukowy a jego głównymi wyrazicielami była Narodowa Demokracja. Dziś z postępem w Polsce utożsamiane jest niestety środowisko socjalistyczno-liberalne a wyznacznikami postępu jest gotowość na promocję dewiacji seksualnych w szkołach czy zgoda na małżeństwa homoseksualne, które miałby adoptować dzieci. Wyjścia są więc dwa albo oddać na trwałe słowo postęp we władanie lewicy podkreślając, że to antynarodowe i antypaństwowe bagno albo zacząć samemu używać innego słowa w parze z ukierunkowaniem swojej polityki na kwestie gospodarcze, ekonomiczne i naukowe.

Andrzej Szlęzak, polityk i publicysta, długoletni były prezydent Stalowej Woli, uważający się za endeka, postuluje ostatnio na łamach portalu społecznościowego wykorzystanie w tym celu słowa „modernizacja”. Endecy powinni wg Szlęzaka nie marnować zbyt dużo energii na walkę z utopijnymi i chorymi wizjami tej tzw. postępowej lewicy, a położyć zdecydowany nacisk na modernizację zarówno w wymiarze ogólnopaństwowym jak i samorządowym.

Bez wątpienia dobrze by się stało i dla państwa, i tych resztek narodu, który ostał się w tym blisko czterdziestomilionowym społeczeństwie, gdyby wpływ na państwo i samorządy miało narodowe stronnictwo, skupiające się w swoim programie na gospodarce, nie tracą przy tym z oczu kwestii ochrony wartości cywilizacji łacińskiej. Otwartym tylko pozostaje czy polskie społeczeństwo, w którym nie ma utrwalonych tradycji kultu dla gospodarki czy ekonomii, doceni istnienie takiego stronnictwa czy może jednak będzie wolało dalej żyć ułudą państwa, które w imię troski o los najbiedniejszych podnosi istniejące podatki albo kreuje ich nowe kombinacje. Świadomość gospodarcza i ekonomiczna czy solidaryzm narodowy na polu handlu są kluczowe dla budowy silnego, nowoczesnego oraz solidarnego państwa, w którym naród ma szansę być trwale suwerenem. Oni niech ujadają o prawach LGBTQWERTY+, a my upowszechniajmy hasło: „Swój do swego po nasze!”. Moda na ich głupotę, jak wszystkie trendy modowe, z czasem w społeczeństwie minie, temat się wysyci, a kwestie patriotyzmu gospodarczego i budowania wielkości państwa przez świadome swoich postaw gospodarczych i ekonomicznych społeczeństwo, będą miały niezmiennie kluczowe znaczenie.

Arkadiusz Miksa