W Belgii pod koniec października zamknięto te sklepy, które nie zajmowały się sprzedawaniem produktów pierwszej potrzeby. Naturalnie o tym, co należy do grupy produktów niezbędnych zadecydował tamtejszy rząd.

Sprzedawcy byli więc zmuszeni do wstrzymania swojej działalności do czasu, gdy liczba zakażeń zostanie zmniejszona. Od 1 grudnia tamtejsze sklepy ponownie funkcjonują, a o ciekawą publikację pokusił się portal The Times.

Jak przyznał belgijski minister zdrowia, sklepy zostały zamknięte po to, aby wzmocnić poczucie strachu i niepewności wśród obywateli. Taktyka „szoku psychologicznego” miała doprowadzić do tego, że ludzie będą zachowywać dystans społeczny i ograniczą kontakt z innymi osobami.

Co ciekawe, przyznano również, że maski i dystans społeczny sprawiają, że zakupy nie wiążą się w zasadzie z żadnym ryzykiem. Wychodzi więc na to, że sklepy zamknięto głównie po to, aby postraszyć ludzi pandemią.

Podobne zwierzenia słyszeliśmy zresztą w Polsce, gdy we wrześniu ówczesny szef Sanepidu, Jarosław Pinkas wprost stwierdził, że maseczka jest po to, aby przypominać nam, że jest pandemia.

- To jest taka maseczka, która powoduje to, że myślę, że muszę zachować dystans, nie dotykać twarzy. Ta maseczka ma oczywiście także w jakiejś mierze, no nie w pełni oczywiście, zatrzymuje patogeny. Ale ta maseczka świadczy o tym, że jest pandemia – palnął parę miesięcy temu Pinkas.

W takim kontekście ciekawie wygląda sondaż przeprowadzony przez pracownię Estymator dla DoRzeczy. Aż 47,7 proc. ankietowanych uważa, że polski rząd wprowadził zbyt duże obostrzenia związane z pandemią. 38,4 proc. badanych twierdzi, że restrykcje są optymalne, a 14 proc. pytanych stwierdziło, że powinny być one jeszcze bardziej zaostrzone.

Mamy więc dużą grupę Polaków, która uważa, że restrykcje są zbyt surowe. Belgijski minister zdrowia przyznaje, że obostrzenia to w zasadzie straszak. Tymczasem władza jest gotowa na wydanie ogromnych sum na szczepionki, gdy znaczna część społeczeństwa nie zamierza z nich skorzystać.

Maciej Pawłowski