Rząd stanął prawdopodobnie przed największym obywatelskim nieposłuszeństwem od początku trwania pandemii koronawirusa i wprowadzanych w związku z nią obostrzeń. Od samego początku prawa obywatelskie, w imię bezpieczeństwa ludzi, były ograniczane na niespotykaną skalę, od bezprawnego nakazywania poruszania się w maseczkach po zakaz wychodzenia z domu. Policja i sanepid karały nieposłusznych i choć sądy decydowały o umorzeniu mandatów, które trafiły na wokandę, to jednak większość społeczeństwa trzymała się zaleceń. Organizowane od czasu do czasu protesty przedsiębiorców nie skupiały tak wielu ludzi, aby ich wystąpienia można nazwać narodowym buntem. Z czasem zresztą, pod wpływem brutalnego tłumienia protestów, ich liczebność jeszcze się zmniejszyła. Ich liderzy byli natomiast przedstawiani w mediach jako radykalni politycy i w ten sposób marginalizowani.

Teraz sytuacja się zmieniła. Przedsiębiorcy z całej Polski zaczęli otwierać swoje restauracje i hotele. Jako jedna z pierwszych otworzyła się restauracja w Cieszynie „U trzech braci”. W dniu otwarcia miał kilkukrotną kontrolę z sanepidu, a według właścicieli, kontrolerzy szukali wszystkiego, co mogło być podstawą wystawienia mandatu. Na miejsce przyjechała też grupa kilkudziesięciu policjantów. Funkcjonariusze legitymowali wszystkich klientów i w ten sposób przeszkadzali w jej funkcjonowaniu. Co znamienne jednak, ani sanepid, ani policja nie zadecydowali o zamknięciu lokalu. Właściciel w rozmowie z organami państwa powoływał się wciąż na decyzję Sądu Administracyjnego w Opolu, który stwierdził, że sanepid nie powinien nakładać kary na fryzjera, który został przyłapany na obsłudze podczas lockdownu. Sąd orzekł, że ograniczenie lub zakazanie prowadzenia działalności jest niezgodne z polską konstytucją. Stwierdził bowiem: „Żaden przepis upoważnień ustawowych zawartych w art. 46 ust. 4 i art. 46b ustawy o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi nie zawiera umocowania do określania w rozporządzeniu zakazów prowadzenia działalności gospodarczej. Rada Ministrów upoważniona była wyłącznie do wprowadzenia rozporządzeniem ograniczeń w zakresie korzystania z wolności działalności gospodarczej”.

W Polsce nie funkcjonuje prawo precedensu, co oznacza, że każdy inny sąd w podobnej sprawie może orzec inaczej. Do tej pory jednak sądy w wielu przypadkach zauważały, że obostrzenia nakładane przez rząd są bezprawne. Powoływały się na to, że ograniczenia nakładane są w drodze rozporządzeń a nie ustawy, powinny być ponadto przyjmowane po ogłoszeniu stanu wyjątkowego. Tego jednak rząd nie chce zrobić, bo to wiązałoby się z wymogiem wypłaty odszkodowań. Zamiast tego rządzący wolą sami decydować komu i jak pomóc w ramach tzw. tarcz antykryzysowych. Dają one jednak tylko częściowe rekompensaty przedsiębiorcom.

To właśnie ich zabraniem straszy przedsiębiorców, którzy się buntują, Jarosław Gowin. W tym wypadku siłowa zapowiedź, nawet jeśli chodzi o „miękki nacisk”, rozprawienia się z właścicielami firm, może jedynie rozgrzać emocje i sprowokować kolejnych do działania. Gowin i rząd zdają się nie dostrzegać, że działania przedsiębiorców nie mają podłoża politycznego, ale ekonomiczny, nie są wymierzone w kogokolwiek, ale wynikają najczęściej z rozpaczliwej próby przetrwania i utrzymania własnych rodzin. Doświadczenie PRL-u pokazało, że władzą najbardziej trzęsą właśnie takie protesty, które wypływają z niezaspokojenia podstawowych potrzeb egzystencjalnych, do których dołączają tysiące zwykłych ludzi i których tysiące innych wspierają. Zamiast więc wymyślać kolejne obostrzenia i kary, rząd powinien natychmiast wsłuchać się w potrzeby obywateli. Inaczej, ta fala protestu go zmiecie.