O. Federick Faber w XIX w. powiedział o Mszy świętej: „Najpiękniejsza rzecz po tej stronie nieba”. Miał oczywiście na myśli tzw. Mszą świętą trydencką, Mszę Wszechczasów, której piękno faktycznie pociąga ku Bogu (innej Mszy nie znał). Jest to liturgia niezwykle majestatyczna, wzniosła, obfitująca we wspaniałe modlitwy, akty pobożności i czci, oddająca dobrze tajemnicę Boga, ale też ucząca pokory, kontemplacji, właściwego odniesienia do Boga. Odkryłem tę Mszę dzięki ks. Tomaszowi Jochemczykowi, pobożnemu kapłanowi, który na terenie północnych Włoch, jako kapłan diecezjalny, za zgodą biskupa, odprawia jedynie Msze trydenckie. W jego diecezji jest więcej takich kapłanów, ale oczywiście przeważają kapłani odprawiający Novus Ordo Missae.

Do tej pory nie stanowiło to żadnego problemu. Nie było podziałów, a można było wręcz mówić o wzajemnym ubogaceniu. Wierny, który chciał konkretnej Mszy, po prostu na nią przychodził. Nie było żadnych wystąpień przeciwko papieżowi czy nowej Mszy, czy to ze strony kapłanów czy też wiernych. W Polsce sytuacja jest inna, bo wierni chcący uczestniczyć we Mszy trydenckiej zgromadzeni są najczęściej, za sprawą decyzji biskupów, wokół parafii personalnych. Nie zmienia to faktu, że każdy kto zna te środowiska wie, że stanowią je bardzo pobożni ludzie, którzy Kościoła z pewnością nie zamierzają opuszczać. A że spotkać się można w nich z prywatnymi opiniami (nie wygłaszanymi z ambony), że Sobór Watykański II nie przyniósł wiosny w Kościele, nowa liturgia zawiera braki, a biskupi nie zawsze podejmują słuszne decyzje? Podobne głosy są wszędzie, zarówno w konserwatywnych jak i liberalnych mediach katolickich, środowiskach i parafiach.

Kiedy w Niemczech księża, wbrew Watykanowi, błogosławią pary homoseksualne, kiedy powstają całe duszpasterstwa homoseksualne promujące naukę sprzeczną z Kościołem, kiedy Franciszek chwali publicznie o. Martina, znanego z promowania homo lobby, największym problemem okazują się katolicy, którzy jedynie pragną uczestniczyć we Mszy tak, jak była odprawiana od wieków. Papież Benedykt XVI napisał, że nigdy ta Msza nie była zakazana (przynajmniej oficjalnie), a świętości dawnych wieków nie wolno podważać. Otworzył też szerzej drzwi Kościoła dla celebracji tej liturgii. Po paru latach, kolejny papież zajął skrajnie odmienne stanowisko. Miał prawo. Tylko, jak mówi św. Paweł: „Wszystko wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść”. W tym przypadku mamy do czynienia z następującymi skutkami: pozbawieniem tysięcy ludzi dostępu do życiodajnych sakramentów, niszczeniem rozwijającej się pobożności (zwłaszcza wśród młodych ludzi), poczuciem krzywdy i jeszcze większej krytyki poczynań Stolicy Apostolskiej, brakiem konsekwencji Magisterium Kościoła, która ją osłabia i ośmiesza, spychaniem części katolików na margines, nagonką na tych, którzy pragną jedynie czcić Boga jak ich przodkowie (już pewien kardynał powiedział, że przecież większość katolików jest przeciwko Mszy trydenckiej!).

Decyzja papieża o usunięciu Mszy trydenckiej z przestrzeni parafii, ograniczeniu praw kapłanów do jej odprawiania, oddania części kompetencji biskupów przy jednoczesnym zagwarantowaniu, że będą musieli w pewnych sprawach zwracać się o zgodę do Stolicy Apostolskiej jest zupełnie wbrew innym reformom papieża Franciszka. Papież, który tyle mówi o decentralizacji, drodze synodalnej i oddaniu głosu świeckim, nagle centralizuje sprawę liturgii trydenckiej i odbiera świeckim prawo do decydowania o sobie. Niezależnie od oceny tego postępowania, nawet środowiska liberalne zwracają uwagę na brak konsekwencji, który zawsze jest przyczyną osłabienia autorytetu. Wbrew wszystkim głosom, jakie można usłyszeć, to właśnie wierni skupieni wokół Tradycji, bardziej niż ktokolwiek inny, poważają papieża i rozumieją znaczenie jego nauczania oraz przewodnictwa. Tym bardziej więc jego decyzja, a także sugestie, że są złymi katolikami, a ich kult powinien być ograniczony, są dla nich bolesne i raniące. Jeśli dostrzeżono problem związany z za małą integracją katolików tradycyjnych, należało ich bardziej włączyć w życie parafii, a zamiast tego wyrzucono ich poza jej nawias. Patrząc z duszpasterskiego punktu widzenia zamiast wyciągniętej ręki dobrego pasterza, mamy, w myśl słów pewnego publicysty, bombę atomową zrzuconą na wiernych.