Aboutaleb, cytowany przez dziennik "Algemeen Dagblad", jest zaniepokojony rosnącą liczbą migrantów zarobkowych z Europy Wschodniej, którzy są tu wyzyskiwani na dużą skalę i popadają w ubóstwo. - Nie mam poczucia, że ludzie w krajach takich jak Polska i Rumunia zdają sobie sprawę z tego, co się tu dzieje - powiedział gazecie Aboutaleb. Polska jest zaniepokojona wieloma rodakami żyjącymi w biedzie w Rotterdamie, uważa z kolei ambasador RP w Hadze Marcin Czepelak, cytowany przez AD. - To jednak zawiódł holenderski system, nie oni – dodaje Czepelak, wskazując, że pracownicy tymczasowi są często zdani na łaskę i niełaskę agencji pracy tymczasowej. Okazuje się także, że holenderskim gminom nie udaje się zapewnić wystarczającej liczby mieszkań dla migrantów zarobkowych. Wielu pracowników tymczasowych, m.in. z Polski, mieszka w "nieludzkich warunkach", alarmuje portal NOS. Z ankiety przeprowadzonej w czterdziestu gminach przez program telewizji publicznej "Nieuwsuur" wynika, że mają one problemy z zapewnieniem mieszkań dla migrantów zarobkowych. W Tilburgu na południu kraju brakuje mieszkań dla prawie 5 tys. pracowników.

 

Co ciekawe, mimo takiej sytuacji przybywa naturalizowanych Holendrów. Pod tym względem ten kraj bije rekordy. W ubiegłym roku 49 tys. osób zostało naturalizowanych jako obywatele Holandii. To prawie dwa razy więcej niż w 2019 r. - wynika z danych Holenderskiego Urzędu Statystycznego (CBS). Aby uzyskać niderlandzkie obywatelstwo, konieczne jest spełnienie kilku kryteriów. Trzeba mieszkać legalnie w Holandii przez co najmniej pięć lat oraz zdać egzamin z integracji obywatelskiej. Jak informuje CBS, większość nowych obywateli to syryjscy imigranci, którzy przybyli do Europy podczas kryzysu uchodźczego w latach 2014-2015. Było ich w sumie 15 tys. Obywatelstwo uzyskało także 3,6 tys. Erytrejczyków, 2 tys. Rosjan, a także 2 tys. byłych obywateli Indii. Urząd przypomina, że liczba naturalizacji nie była tak wysoka od końca lat 90. Najwięcej nowych Holendrów przybyło w 1996 r. Wówczas naturalizowano 79 tys. osób, głównie Marokańczyków i Turków.

 

Wydawać by się mogło, że Holandia jest za to gościnnym krajem. Jednak wiadomość z sierpnia pokazuje, że niekoniecznie. Wtedy to od jedenastu miesięcy dwa tankowce stały przykute łańcuchami w porcie w Rotterdamie. Jak wówczas pisano: członkom załogi nie wolno ich opuszczać. Jeśli zejdą na ląd zostaną aresztowani. Załogę statków stanowią Gruzini i Rosjanie. Nie mogą się nigdzie ruszyć i jak twierdzą są "zakładnikami władz portu w Rotterdamie". Z informacji dziennika "Algemeen Dagblad" wynika, że załogi miały wrócić do swoich krajów 8 lipca. "Kupiono bilety lotnicze, zamówiono taksówki. Spakowane walizki były już na nabrzeżu. Zamiast taksówki przybył kapitan portu i ogłasza: członkom załogi nie wolno opuszczać statku. W przeciwnym razie zostaną aresztowani" - relacjonuje gazeta. - Nie może być tak, że w porcie, w pobliżu dzielnicy mieszkalnej, znajdują się dwa bezzałogowe tankowce - wyjaśnia rzecznik portu Tie Schellekens. - Zrobiliśmy wystarczająco dużo dla załóg. Dostarczyliśmy dodatkowe paliwo, aby generatory nie uległy awarii, a na pokładzie była moc. Dostarczono też karty telefoniczne, aby mężczyźni mogli dzwonić do domu - mówi rzecznik.

 

Sprawa statków jest skomplikowana. Podobno zarządzający firmą zniknął z pieniędzmi, pozostawiając niezapłacone rachunki. W toku jest kilka spraw sądowych w Londynie. W konsekwencji tankowce utkwiły w Rotterdamie. - Myślałem, że prawa człowieka są w Holandii w porządku – powiedział gazecie kapitan Walerij Pawluk, odpowiedzialny za jeden z tankowców. - Jeden z marynarzy grozi samobójstwem, nie ma pieniędzy na pensje – dodał. Zarząd portu stawia sprawę twardo – armator musi wymienić załogę. Do tego czasu każdy statek musi mieć swojego kapitana, starszego oficera, dwóch inżynierów i trzech marynarzy. - Bezpieczeństwo jest naszym priorytetem – mówi Tie Schellekens.

 

WO