W imię nowych przepisów tylko ze wzmocnionym tzw. Green Pass dla zaszczepionych i wyleczonych można wejść do Muzeów Watykańskich i rezydencji w Castel Gandolfo. To samo dotyczy uczestników sympozjów i konferencji w watykańskich urzędach. Grzywna od 25 do 160 euro przewidziana jest za naruszenie przepisów o zakazie zgromadzeń w miejscach publicznych. Kara za brak maseczki lub noszenie jej w niewłaściwy sposób i brak przestrzegania dystansu społecznego wynosi od 25 do 50 euro. Wzrasta do 160 euro, jeśli dochodzi do tego w miejscach publicznych. Grzywna za naruszenie przepisów o obowiązku izolacji bądź kwarantanny sięga 1,5 tys. euro.

Jest taka piękna opowieść z życia św. Franciszka z Asyżu, na którego obecny papież wielokrotnie się powołuje. Pewnego dnia, wieczorem na polanie, Biedaczyna z Asyżu miał przeżywać rozterki duchowe wynikające z tego, że nie wiedział, jak ma okazać miłość do Boga. Wówczas usłyszał dźwięk dzwonka – znak, że nadchodzi trędowaty. Miał on odstraszać napotkanych przypadkowo ludzi. Św. Franciszek poszedł jednak za dźwiękiem, zbliżył się do trędowatego i go przytulił.

Przytaczam tę historię nie dlatego, że oczekuję, iż teraz papież Franciszek, starszy człowiek znajdujący się w grupie ryzyka, pójdzie do chorych na koronawirusa, który, jak uważano, zresztą błędnie, jest bardzo zaraźliwy. Trudno mi jednak zrozumieć, dlaczego papież, głowa Kościoła katolickiego, który ma troszczyć się w pierwszym rzędzie o zbawienie dusz, wydaje się podkreślać przede wszystkim względy sanitarne. Dlaczego on, podobnie jak przedstawiciele wielu episkopatów, godzi się na ograniczenia nakładane przez władze, które w wielu miejscach na świecie uniemożliwiają udzielanie sakramentów albo przynajmniej tworzą olbrzymie trudności dla wiernych w dostępie do nich.

Aby ocenić współczesną sytuację, trzeba odnieść się do historii. Kościół ma dwa tysiące lat i bogate doświadczenie, jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju epidemie. W czasie, kiedy nadchodziły, widział w nich zawsze karę Bożą, dlatego wzywał do pokuty i nawrócenia. Przykładem jest papież Grzegorz I z VI w., nazwany „Wielkim”, ogłoszony doktorem Kościoła, kiedy Rzym był pustoszony przez dżumę. Kazał wówczas mieszkańcom sformułować siedem orszaków, które śpiewały odpowiednią litanię, idąc z różnych rzymskich kościołów do bazyliki watykańskiej. Z kolei W 1576 r. w czasie wielkiej zarazy, ówczesny arcybiskup Mediolanu, św. Karol Boromeusz, idąc boso ze sznurem pokutnika na szyi, poprowadził osobiście ulicami miasta trzy procesje przebłagalno-pokutne w intencji ustania epidemii.

Dzisiaj byłoby to niemożliwe, bo przecież procesje, jak Msze św., to zgromadzenia, a więc miejsca potencjalnego zarażenia się. Dzisiaj często hierarchowie wolą zostać w domu i to samo życzą swoim wiernym. Nie mają zresztą powodu go opuszczać, „wstawać z kanapy” jak wzywał papież Franciszek, bo nie dostrzegają już w epidemiach znaku Bożego, kary, a tym samym nie widzą konieczności pokutowania i nawracania się… Można wręcz dowiedzieć się od nich, że Bóg nie karze za grzechy.

W ten sposób dokonuje się autosekularyzacja Kościoła, który sam zamienia myślenie w kategoriach Bożych, na spojrzenie czysto ludzkie, medyczne i higieniczne. Wielu duszpasterzy rezygnuje ze sprawowania opieki, odsyła wiernych do lekarzy, rejteruje. Wierni przychodzą do kościołów, ale nie zastają tam kapłanów, którzy znajdują się nieraz za zamkniętymi drzwiami, z obawy przez chorobami powierzonych sobie ludzi.

Niestety jest to konsekwencja przyjęcia politycznej poprawności. Po skupieniu się na pomocy migrantom, ubogim, środowisku, mniejszościom seksualnym, przyszła pora na szerzenie świadomości higienicznej i medycznej. Działalność z pewnością potrzebna, tylko rodzi się pytanie – czy tego właśnie oczekujemy od Kościoła?