Proponowany przez Sejm w gospodarce planowej średni wzrost cen wynosił od 30 do 100 proc., z czego mięsa o 69 proc., drobiu o 30 proc., masła i serów o 50 proc., cukru o 100 proc. a ryżu o 150 proc. Obecny wzrost cen podstawowych produktów niebezpiecznie zbliża się do tamtych wartości. W czerwcu br. olej podrożał względem ceny sprzed roku o 57,9 proc., masło o 52,7 proc., wołowina 36 proc., drób 25%, mąka 47%, nabiału 24,1 proc.

Chociaż obecne podwyżki nie są aż tak drastyczne, a wynagrodzenia są większe, trzeba wziąć pod uwagę, że obecnie bardzo podrożała także cena energii i benzyny, osiągając rekordowe stawki. To sprawia, że dla wielu osób jazda samochodem staje się luksusem, choć nie każdy może się bez niego obejść. Stopa życiowa jest oczywiście wielokrotnie większa niż w 1976 r., ale też oczekiwania ludzi są znacznie większe. Dla wielu fakt, że nie kupią sobie nowego komputera czy nie wyjadą na wakacje jest frustrujący.

Oczywiście, zasadniczą różnicą jest fakt, że w gospodarce planowej to rząd ustalał ceny i brał pełną odpowiedzialność za ich wzrost. Dzisiaj, w rzeczywistości wolnego rynku rządzący łatwo się usprawiedliwiają okolicznościami zewnętrznymi i mówią o „putininflacji”. W rzeczywistości jednak to covidowe zamykanie gospodarki, tarcze antykryzysowe, programy społeczne przyczyniły się walnie do obecnego stanu rzeczy. Wielu obywateli nie rozumie jednak tych związków i przykład właścicieli skupów węgla pokazuje, że rząd umiejętnie wykorzystuje spychologię. Kiedy właściciele skupów węgla nie chcieli przystąpić do programu sprzedaży węgla za 996,60 zł, który był dla nich zupełnie nieopłacalny, premier zrzucił winę na „chciwych” sprzedawców. Ci przyznawali, że wielu ludzi odchodziło od nich z pretensją. Jak widać, ta strategia działa.