PKN Orlen ogłosił nowy cennik ładowania aut elektrycznych. Wchodzi w życie od 22 listopada.

 

Zacząć należy od samego postoju na ładowaniu. Tutaj stawka pozostaje bez zmian. Naliczana stawka wyniesie 34 gr za minutę postoju. Będzie ona naliczana po 45 minutach od rozpoczęcia ładowania dla złączy typu DC lub po godzinie dla złączy typu AC – na stacjach, gdzie znajdują się złącza AC i DC – oraz po 720 minutach na stacjach, gdzie znajdują się wyłącznie złącza AC.

 

Tyle dobrych wieści. Ceny samego prądu lecą w górę jak szalone. Ładowanie złączem AC wynosiło dotychczas 1,22 zł za kWh. Teraz wyniesie 1,61 zł. 50 kW złącza DC kosztowało 1,70 zł. Teraz cena do 50 kW wyniesie 2,30 zł. Dotychczas za więcej, niż 50 kW DC trzeba było płacić 2,04 zł za kWh, niezależnie od wielkości. Obecnie wprowadzono rozróżnienie na stawkę 50-125 kW oraz powyżej 125 kW. Obie jednak są droższe i wynoszą odpowiednio 2,47 zł oraz 2,72 zł za kWh.

 

Widzimy więc, że ceny ładowania aut elektrycznych poszły znacząco w górę. I niestety można się spodziewać, że w stosunkowo krótkim czasie ceny będą rosnąć jeszcze bardziej. Jak zapewne będzie przekonywała prorządowa propaganda dla głupich, dzięki tym podwyżkom cen bomby nie spadają na nasze głowy.

 

Oczywiście, w sytuacji obecnej, tj. zawalenia przez rząd kwestii dostaw – przypominam, że na początku wojny rosyjsko-ukraińskiej, w której nie jesteśmy stroną, wstrzymano m.in. dostawy węgla z Rosji, za który już zapłacono – i doprowadzenia do gigantycznych podwyżek cen energii, krok Orlenu niczym zaskakującym nie jest. Posiadacze aut elektrycznych jednak niezależnie od tego odczują te podwyżki, a koncern nabije niemałą kasę. W końcu podwyżki cen są znaczne.

 

Warto tutaj przypomnieć, że przecież hasła o „elektromobilności”, niezrealizowanym wciąż „polskim aucie elektrycznym” i całe to propagowanie elektro-szaleństwa to niewątpliwa „zasługa” premiera Mateusza Morawieckiego. Oczywiście, samo auto elektryczne to nic złego i jak ktoś chce, to niech sobie takie kupuje i nim jeździ. Niewykluczone, że za paręnaście-parędziesiąt lat faktycznie auta elektryczne będą podstawowym środkiem transportu. Acz nie musi się tak stać.

 

Tymczasem obecnie technologia ta jest wciąż w powijakach. Można przejechać o wiele mniejszą odległość bez ładowania, niż autem spalinowym. Tankowanie choć droższe, trwa o wiele krócej. No i niezwykle rzadko słyszy się o tym, by auto spalinowe dokonało samozapłonu.

 

O ile cen ogłosił Orlen, naiwnością jest wiara, że nie było to konsultowane „w górze”. W takim wypadku można też spojrzeć na te i kolejne podwyżki jako element już kolejny walki z kierowcami i posiadaczami aut w ogóle. Przypomnieć należy, że w Warszawie planowane jest ograniczenie prędkości w znacznej części miasta z 50 do 30 kilometrów na godzinę, czyli wleczenia się. Dziś z kolei Radio ZET podało, że rząd zamierza postawić progi zwalniające na drogach ekspresowych i autostradach. Nie, to nie jest żart.

 

 

Czasem pojawiam się w Warszawie w miejscu, gdzie progi zwalniające są zrobione jak to w III RP – „na odwal się”. Mimo prędkości 10 km/godz. I tak ja oraz wielu innych kierowców, jak sądzę po zarysowaniu progu, zahaczam o niego. Ustawienie takowych na ekspresówce czy autostradzie należy postrzegać nie w kategorii już zwykłej głupoty, ale zamachu na życie oraz mienie kierowców. I rzecz jasna łamania prawa, bo obecne przepisy zabraniają wprost ustawiania na wspomnianych drogach progów zwalniających. Jak jednak pokazały dwa lata Wielkiej Histerii, prawo nie jest przeszkodą dla obecnego rządu, by forsować swoje wymysły.

 

 

 

 

Dominik Cwikła

 

Autor jest dziennikarzem i publicystą, założycielem portalu kontrrewolucja.net. Profile autora w mediach społecznościowych: Facebook, Twitter, YouTube