Z zagranicy

Irak – czyli gra na kilku szachownicach

Ofensywa ekstremistów w Iraku zdominowała medialny dyskurs poświęcony nie tylko temu państwu ale i całemu regionowi. Bo też jest ona w równym stopniu skutkiem co przyczyną kryzysu wywołanego przez złożony zbiór czynników zewnętrznych i wewnętrznych.

 

Wiele miejsca poświęcił analizom sytuacji na Tygrysem i Eufratem portal Al-Monitor. Niemal nazajutrz po zajęciu Mosulu przez „Islamskie Państwo Iraku i Lewantu” Muszrek Abbas opisał ataki w prowincji Ninewa jako etap w podejściu do okolicy Bagdadu. Jak twierdzi, postępy IPIL na północy były błyskawiczne, także i z tego względu, że organizacja posiadała w Mosulu i innych miastach uśpione komórki bojówkarzy, którzy podjęły akcję gdy na ich peryferiach pojawiły się zagony towarzyszy. Zaznacza jednak, że ekstremistycznych bojówkarzy było nie więcej niż 3 000, tymczasem w Mosulu i okolicach stacjonowało łącznie 30 000 żołnierzy i policjantów. Zresztą na tym mieście się nie skończyło, bowiem nazajutrz po jego zdobyciu bojówkarze „Islamskiego Państwa” pojawili się już w Bajdżi w prowincji Salahaddin gdzie znajduje się największa rafineria ropy w kraju. W skutek ataków irackich sił powietrznych doszło w niej w środę do poważnych pożarów. Tego dnia bojówkarzom IPIL udało się zresztą zestrzelić jeden wojskowy helikopter.

 

Kurdowie w Kirkuku

Redaktorzy portalu wkrótce po upadku Mosulu kontaktowali się z żołnierzami i oficerami armii irackiej. Ich relacje dopełniają obrazu jej mizerii mimo ogromnych kwot, jakie pochłania utrzymanie jej wysokiej liczebności jak i stosunkowo niezłego uzbrojenia, które rząd Al-Malikiego nabywał od Amerykanów. Omar Al-Dżaffal pracujący dla Al-Monitor rozmawiał z pragnącym zachować anonimowość oficerem 2 dywizji armii irackiej, która stacjonowała w tym mieście. Jak mówił oficer w nocy 10 czerwca „armia była bez głowy, nie było żadnego rozkazu do działania”. Niżsi oficerowie samodzielnie podejmowali decyzję co do podjęcia walki bądź ucieczki. Rozmówca Al-Monitor, tak jak niemal wszyscy, wybrał ucieczkę w kierunku najbliższego bezpiecznego terytorium. Zarzuty te odpierali wyżsi oficerowie, którzy z kolei twierdzili, również po ucieczce, że rozkazy wydawali lecz niżsi oficerowie i podoficerowie nie chcieli ich wypełniać. Co jednak najbardziej znamienne jedni i drudzy pozostawiając za sobą Mosul kierowali się nie na południe, w stronę stolicy ale do Irbilu – stolicy autonomicznego Regionu Kurdystanu. Tam też udał się gubernator prowincji Ninawa – Athil Al-Nudżaifi.

 

Wielu komentatorów wskazuje, że kurdyjskie władze regionalne choć postawiły natychmiast w stan gotowości swoich zaprawionych w bojach peszmergów nie wykonały żadnego ruchu skoordynowanego z działaniami centralnych sił bezpieczeństwa. Już 12 czerwca natomiast kurdyjscy żołnierze wkroczyli na rozkaz własnych władz do prowincji Kirkuk i jej stolicy – miasta o tej samej nazwie. Biorąc pod uwagę, że prowincja ta, jako ważne zagłębie naftowe, od dawna była przedmiotem sporów między Bagdadem a Irbilem, na horyzoncie zamajaczyło kolejne widmo pogłębienia politycznego kryzysu państwa, bo można przypuszczać, że Kurdowie nie oddadzą łatwo kontroli nad nią.

 

Niegdyś centrum kurdyjskiego życia narodowego, w czasach Saddama Husajna prowincja ta była poligonem jego polityki arabizacji, praktykowanej także poprzez masowe deportacje. W 1997 r. Kurdowie stanowili już tylko 21% mieszkańców Kirkuku lecz po upadku dawnego systemu rozpoczęły się ich masowe powroty, tak, iż teraz stanowią niemal połowę jego mieszkańców. W ostatnich wyborach parlamentarnych kandydaci kurdyjscy przechwycili 13 z 30 mandatów przypadających na prowincję. Toteż jest ona w świadomości kurdyjskich liderów politycznych, z których wszyscy mają za sobą etap partyzanckich bojów z baasistowskimi władzami, perłą w koronie wieńczącą dzieło budowy pierwszej, w praktyce samodzielnej, kurdyjskiej struktury administracyjnej.

 

Władzom w Bagdadzie ale i politykom kurdyjskim w Irbilu kolejnego bólu głowy przysporzy jednak pewnie fakt ożywienia się mniejszości turkmeńskiej, która stanowi około 7% ludności prowincji (a w rejonie Tal Afar, Tuz Khormato, Taza Khormato większość). 16 czerwca lider ich partii – Irackiego Frontu Turkmenów – Arszad Salihi nakazał formowanie partyjnych oddziałów zbrojnych i w tej chwili składać się one mają z 1500 bojowników. W rozmowie z Fehimem Taştekinem dla Al-Monitor Salihi przestrzegał Kurdów przed stosowaniem politycznych faktów dokonanych i w mało zawoalowany sposób, choć raczej nieco na wyrost, powoływał się na protekcję Turcji. Pozycja Salihiego (i wspólnoty turkmeńskiej jako całości) jest jednak o tyle niepewna, że jak donosi portal podział religijny wśród Turkmenów na sunnitów i szyitów przekłada się na ich wybory polityczne. Do wewnątrz-turkmeńskiej konfrontacji miało już dojść w ostatnich dniach Tal Afar.

 

Powszechna rebelia sunnitów?

Przytaczany w artykule Al-Dżafala sklepikarz z Mosulu – Ahmed Al-Muslawi twierdził, że upadek miasta był niespodziewany także dla jego mieszkańców. Al-Muslawi natychmiast spakował rodzinę i uciekł, choć bojówkarze IPIL na ulicach nawoływali do spokoju i według wielu źródeł faktycznie zachowywali się w mieście spokojnie. Być może w Mosulu faktycznie było tak przez pierwsze dni jednak już wkrótce świat ujrzał prawdziwe oblicze tak zwanego „Islamskiego Państwa”. Od schyłku zeszłego tygodnia Internet obiegają nagrania ukazujące dokonywane przez jego bojówkarzy egzekucje ludzi w mundurach ale także cywilnych strojach. Na jednym można było ujrzeć zabójstwo irackiego żołnierza, który w przeciwieństwie do innych odmówił powtarzania dyktowanych mu sloganów. W niedzielę pojawiło się nagranie rozstrzelania kilkudziesięciu Irakijczyków w prowincji Salaheddin. Na innych zabójstwom asystowały dzieci. Autentyczność zdjęć potwierdził rzecznik irackiej armii generał Kasim Al-Musawi.

 

Nazajutrz po ucieczce gubernator Niveny Athil Al-Nudżaifi gromko oświadczył, że to „Al-Maliki i jego polityka są odpowiedzialni za to co stało się w Mosulu” kwestionując przy tym skuteczność przyszłych działań militarnych podjętych przez Bagdad. Oczywiście można w tym widzieć chęć zepchnięcia politycznej odpowiedzialności z własnych barków. Jednak w jego rozmowie z Fehimem Taştekinem zrelacjonowanej dla Al-Monitor, znajduje się szereg interesujących refleksji mogących być reprezentatywnymi dla poglądów sunnickich elit Iraku – brat Athila – Osama, jest przewodniczącym parlamentu w Bagdadzie, a wywodzą się oni z rodu sunnickiego, który pierwsze polityczne szlify odbierał jeszcze w administracji osmańskiej.

 

Gubernator również wyrzucał Al-Malikiemu, że przez lata marginalizował jego społeczność. Jednocześnie podkreślał, że choć „Islamskie Państwo” posiada pewne poparcie, to jednak nie można mówić, przynajmniej na razie, o tym że kontroluje ono „sunnicką rebelię”. Al-Nudżaifi, wbrew rozpowszechnianym przez iracki obóz rządzący i media zachodnie pogłoskom, uważa że IPIL nie kooperuje permanentnie z podziemiem baasistowskim. Wspominał, że jego domniemany przywódca, dawny generał Husajna Izzat Ibarahim Al-Duri atakował w swoich oświadczeniach salafitów, a zbrojne ugrupowania sunnickie powiązane z dawnym systemem, jak chociażby Armia Nakszbandi, lub lokalne klany ścierały się z iracką Al-Kaidą. Pozostaje to w sprzeczności z relacjami należącej do saudyjskiego króla Telewizji Al-Arabija, która na początku tego roku twierdziła, że Armia Nakszbandi współuczestniczy w ofensywie IPIL w prowincji Anbar.

 

Al-Nudżaifi twierdził, że IPIL jest raczej taranem, który kruszy struktury państwa irackiego i w tym kontekście do głosu dochodzą lokalne siły i ugrupowania, realizujące swoje partykularne interesy. W kontekście ewentualnej roli Teheranu gubernator podkreślił: „Antidotum na IPIL nie są szyici, lecz sunnici” a interwencja Iranu według niego będzie jedynie eskalować sekciarski charakter konfliktu. Ponawił swoją niegdyś zgłaszaną propozycję federalizacji kraju, jednocześnie pozostając pesymistą co do możliwości takiego politycznego rozwiązania.

 

Jego stwierdzenia potwierdzał rozmawiający z Omaraem Al-Dżaffalem anonimowy członek baasistowskiego podziemia, który twierdził, że w ostatniej ofensywie w prowincji Niwena brało udział, obok IPIL, 14 różnych sunnickich frakcji, nie koniecznie ze sobą współpracujących.

 

17 czerwca swój komunikat wydało sunnickie Stowarzyszenie Uczonych Islamskich, oskarżając w nim Al-Malikiego o realizację „irańskiej agendy”, przez co „rozpalił wojnę domową” jak cytował portal Middle East Monitor. Oskarżało ono także armię o rzekome zbrodnie na cywilach w prowincji Babil.

 

Bezdroża amerykańskiej polityki

Atak na wieloletniego irackiego premiera został wyprowadzony także zza oceanu. „Irakijczycy powinni zastanowić się jakiego lidera potrzebują, aby spróbować zjednoczyć naród przeciw strasznemu zagrożeniu” mówiła 17 czerwca Hilary Clinton, dodając „mam mocne przekonanie, że Al-Mailiki nie jest typem lidera, który byłby w stanie to zrobić” cytował magazyn „Time”. Clinton, była sekretarz stanu, jest główną kandydatką do nominacji Demokratów do wyborów prezydenckich i musi być traktowana jako reprezentatywny głos partii. Nie omieszkała wytknąć Al-Malikiemu odrzucenia projektu porozumienia amerykańsko-irackiego, który przedłużałby szerokie pełnomocnictwa dla amerykańskiego personelu militarnego poza 2011 r. Zaakcentowała też amerykańskie zaniepokojenie rolą Iranu w kraju zachodniego sąsiada, czyli coś czego nie chcą i nie mogą powiedzieć urzędnicy administracji w Obamy.

 

Departament Stanu, ustami swojej rzeczniczki Jen Psaki, ostro skrytykował we wtorek irackiego lidera za jego oskarżenia pod adresem Arabii Saudyjskiej, którą ten uznał za sponsora ekstremistów atakujących irackie państwo. Zresztą słowa Al-Malikiego padły w odpowiedzi na poniedziałkowe wypowiedzi przedstawicieli saudyjskiej dyplomacji, składających całą odpowiedzialność za iracki kryzys właśnie na jego barki jako przywódcy „wykluczającego sunnitów”. Psaki nazwała słowa irackiego premiera „nietrafnymi i obraźliwymi”. Niemniej nazajutrz po nich wspierająca obóz rządowy IraqiTV zaczęła emitować spoty wzywające obywateli do bojkotowania towarów importowanych właśnie z Arabii Saudyjskiej i Turcji. Saudyjski minister spraw zagranicznych Saud Al-Faisal nie pozostał dłużny i 18 czerwca ponownie oskarżył Al-Malikiego u wyznawanie „sekciarskiej ideologii” na otwarciu kolejnej sesji Organizacji Współpracy Islamskiej.

 

W końcu głos zabrał również Pentagon. Szef połączonych sztabów generał Martin Dempsey twierdził nawet, że część żołnierzy irackich przechodziła na stronę „Islamskiego Państwa” oraz, że Bagdad prosił Amerykanów o wsparcie lotnicze, co rząd iracki potwierdził 19 czerwca. Dempsey posunął się również do krytyki politycznej, również wskazując na według niego negatywny stosunek irackich wojskowych do ludności sunnickiej. Jednocześnie amerykańskiej sekretarz obrony Chuck Hagel stwierdził, że sytuacja wytworzona przez IPIL zagraża „naszym interesom, interesom [państw] Zatoki i Iranu. Każdy jest zagrożony” co ciekawe odcinało się od uwag Clinton w kwestii ostatniego z wymienionych aktorów.

 

W istocie polityka amerykańska nabiera cech prawdziwej ekwilibrystyki. Próbuje, żyrować pozycję Saudów mimo, że wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, iż Al-Mailiki nie minął się zbytnio z prawdą opisując politykę Rijadu w regionie. To Saudowie wypuścili w Syrii dżina IPIL z butelki. Asystowała im Turcja, która otworzyła granicę dla swobodnego przepływu ludzi i zasobów do północnej Syrii opanowanej przez takwirystów. Syryjscy Kurdowie mówią nawet o współpracy operacyjnej Ankary i IPIL. Ostatecznie zresztą wszystko to jest elementem wspieranej przez Waszyngton wojny pośredników przeciw Damaszkowi. To ona stworzyła przestrzeń życiową i możliwości działania dla „Islamskiego Państwa”. Na ten logiczny związek wskazywał zresztą jeszcze w grudniu zeszłego roku zwracał uwagę jeszcze w grudniu zeszłego roku Ryan Crocker, były amerykański ambasador w Iraku, postulując zmianę amerykańskiej polityki wobec Baszara Al-Asada.

 

Amerykańscy politycy i wojskowi, na bazie odprężenia w stosunkach z Iranem, sygnalizują, że są w stanie tolerować jakąś formę jego zaangażowania w sprawy zachodniego sąsiada. Towarzyszy temu jednak wyraźna krytyka Al-Malikiego za nieumiejętność znalezienia płaszczyzny porozumienia z elitami sunnickimi. Tymczasem obecność Iranu w Iraku na te ostatnie działa jak czerwona płachta na byka. Po raz kolejny więc amerykańska polityka na Bliskim Wschodzie jest polityką krzepiących słów i przynoszących zupełnie odwrotne skutki działań.

 

Rola Iranu

„Wall Street Journal” jeszcze 12 czerwca twierdził, że Odziały Quds, czyli elita irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, już walczą przeciw IPIL w Iraku. Inne media ograniczały się do informacji, że ich przedstawiciele szkolą irackie siły bezpieczeństwa a w Bagdadzie pojawił się sam ich dowódca Kasim Sulejmani.

 

Zaangażowanie w kraju zachodniego sąsiada jeszcze bardziej wzmocni wpływy Teheranu i uczyni go faktycznym gwarantem trwania systemu… z wszystkimi zaletami i wadami takiej roli. Dość wspomnieć, że Irańczyków wiele kosztuje już wspieranie władz syryjskich. Pytanie tylko czy, podobnie jak w przypadku Syrii, mają jakikolwiek inny sensowny wybór? Wydaje się, że nie, bo jak na razie brak sygnałów pozwalających wierzyć, iż Irakijczycy poradzą sobie z chaosem bez irańskiego wsparcia.

 

Wybór chyba został już podjęty. 12 czerwca agencja IRNA przytoczyła słowa z przemówienia irańskiego prezydenta Rouhaniego który zadeklarował, że „będzie zwalczał terroryzm i ekstremizm w regionie i na świecie” bo „nie możemy go tolerować”. Teheran będzie interweniował tym chętniej, że niektórzy przedstawiciele irańskiej elity wprost deklarują wiarę, że za ofensywą IPIL stoją Saudyjczycy. Ostatecznie iracka ofensywa „Islamskiego Państwa” jest po prostu konsekwencją tego co robi ono w Syrii, Iran musi więc po prostu podjąć walkę na nowym froncie w dodatku nie zaniedbując starego – syryjskiego. Zresztą sami Syryjczycy również wsparli symbolicznie rząd Iraku przeprowadzające naloty na odległe od swojego obecnego pola walki główne bazy „Islamskiego Państwa” na wschodzie kraju.

 

Problem w tym, że irańskie zaangażowanie uśmierzające bezpośrednie zagrożenie militarne dla irackiego państwa będzie jednak paliwem dla propagandy podjudzającej do sunnicko-szyickiej wojny religijnej. Politycy irańscy robią co mogą aby podcinać jej skrzydła, co było widoczne chociażby 1 czerwca w czasie wizyty emira Kuwejtu w Teheranie. Niemniej jakiekolwiek polityczne rozwiązanie będzie możliwe tylko w warunkach elementarnej stabilizacji państwa i w tym Irańczyków nikt wyręczyć nie może.

 

Oczywiście rozwiązanie polityczne w dłuższej perspektywie mogą osiągnąć jedynie sami Irakijczycy. I warto pamiętać, w powodzi krytyki płynącej w stronę premiera Al-Malikiego, że równie wiele pracy mają przed sobą także elity sunnickie. Jak do tej pory nie potrafiły one bowiem zaproponować realistycznej politycznej agendy realizacji swoich interesów ani skonsolidować zaplecza społecznego ponad plemienno-klanowymi partykularyzmami prowincjonalnych szejków. Przed Irakiem kolejne trudne nie tyle miesiące co lata.

 

Nawet sama rozprawa militarna z IPIL nie będzie łatwa. „Islamskie Państwo” będzie operować w Iraku tak długo jak dysponuje swoim bastionem w syryjskiej prowincjach Al-Hasaka i Ar-Rakka, gdzie zaprawiają się w boju jego członkowie i gdzie pozyskuje ono pieniądze handlując ropą z syryjskich rafinerii.

 

Jak poinformował 12 czerwca „Washington Post” takwiryści zajmując Mosul przejęli nie tylko ogromne ilości broni i innego wyposażenia wojskowego (w tym przydatne w dywersji mundury i dokumenty) ale też równowartość 425 milionów dolarów w żywej gotówce, zdeponowanej w mosulskim oddziale irackiego banku narodowego. Według amerykańskich analityków „Islamskie Państwo Iraku i Lewantu” właśnie stało się najbogatszą organizacją terrorystyczną na świecie.

 

Karol Kaźmierczak

fot. flickr.com, wikimediacommons, cu

 

© WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
 

 

Jeżeli podobają Ci się materiały publicystów portalu Prawy.pl wesprzyj budowę Europejskiego Centrum Pomocy Rodzinie im. św. Jana Pawła II poprzez dokonanie wpłaty na konto Fundacji SOS Obrony Poczętego Życia: 32 1140 1010 0000 4777 8600 1001. Pomóż leczyć ciężko chore dzieci.

WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Kliknij, aby dodać komentarz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najpopularniejsze

Góra