W media głównego ścieku zatroskani żurnaliści piszą już  o marnotrawstwie owoców, rozrzuconych w trakcie rolniczego protestu w Warszawie. Ich troska dziwnym zbiegiem okoliczności, niemal zawsze jest tam gdzie powinno być jej jak najmniej.  Oczywiście, żeby nadać większego dramatyzmu i przestawić rolników niemal jak zwyrodnialców mordujących biedna  jabłka, dziennikarz Wirtualnej Polski cytuje wypowiedzi internautów. Te cytowane stronnicze komentarze, pochodzą zazwyczaj od zatroskanych dziewcząt i kobiet w przedziale wieku 15-30 lat, nie mających kompletnie pojęcia o tym co się wokół nich dzieje ale obdarzonych jeszcze większą empatią niż minister Ardanowski.  Zobaczyły czerwone jabłka rozsypane na czarnym asfalcie i dostały spazmów, niczym koreańskie kobiety na wieść o śmierci Kim Ir Sena. Młode panie nie reagowały spazmami, kiedy jesienią te jabłka leżały pod drzewami, bo rząd miał  rolników w miejscu, w którym kończą się plecy. Każdego dnia ludzie wynoszą do śmietników tysiące ton  jedzenia, ale to właśnie te 200 kg jabłek za które rolnik ma płacone dwadzieścia  groszy  choć w sklepach  są po dwa i pół złotego, są powodem do dramatu. 


Oczywiście trzeba jakoś tych rolników sponiewierać, bo polski chłop był w historii zawsze od tego, żeby sobie na nim poużywać. To że jest ciemny i głupi to już wiemy, to się przejadło. Mamy przecież nową broń masowego rażenia, którą stosować można jak pokazują polskie realia, niemal na każdą polityczną okazję.  Tą bronią jest posądzenie o reprezentowanie rosyjskich interesów czy działanie na rzecz Putina. Protestujący w stolicy rolnicy są niezadowoleni z kilku powodów. Jednym z nich   jest sytuacja w jednym z najsilniejszych działów polskiego rolnictwa jakim jest sadownictwo. Próbuje się wmawiać społeczeństwu, że utrata rosyjskiego rynku nie ma kompletnie wpływu na ogólna sytuację w całej branży. To oczywiście nieprawda, ponieważ Polska za dużo eksportował do Rosji, żeby tego negatywnie nie odczuć.  Kiedy w ubiegłym roku byłem w Armenii widziałem uprawy, które jak mówią sami Ormianie powstały w Armenii po tym jak Polska obraziła się na handel z Rosją.

 

Polska nie tylko, że się obraziła w imię solidaryzmu z Ukrainą, to jeszcze zaczęła w imię tego samego solidaryzmu kupować owoce z Ukrainy. Skalę głupoty solidaryzmu z Ukrainą  obrazuje, to że w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, w automacie przy kasach można kupić sobie batoniki Roshen, z zakładów prezydenta Ukrainy. Dodajmy, że prezydent ma swoje zakłady również w Rosji. On nie uznaje solidaryzmu z własnym narodem, natomiast my mamy go mieć choć przecież mamy własny doskonale rozwinięty przemysł wyrobów cukierniczych opierający się na polskich surowcach, z polskich płodów rolnych. Rząd obawia się, że rolnicze protesty przerodzić się mogą w te jakie mają miejsce we Francji. Myślę jednak, że rząd może spać spokojnie, bo w polskim narodzie nie ma solidaryzmu narodowego i nie ma woli walki o poprawę sytuacji  ani narodu jako całości ani nawet poszczególnych grup społecznych.