Już na samym początku urzędowania von der Leyen pokazuje, że liczą się dla niej przede wszystkim względy ideologiczne, a nie kompetencje. Stąd próba nominowania jak największej liczby kobiet na unijne stanowiska.

Pomimo prośby van der Leyen część krajów albo już przedstawiła swoje kandydatury i nie chce nic zmieniać, albo nie planuje się podporządkowywać. Pojawiają się jednak głosy, że premier Mateusz Morawiecki może się dostosować, licząc, że w zamian Polska otrzyma stanowisko szefa w którejś z ważniejszych komisji.

Oby się nie okazało, że znowu robimy wszystko, czego od nas chcą, nie otrzymując nic w zamian.