No tak, domy dziecka jako obfite źródełko pobierania małych istot. Nie jest to jedyna tego rodzaju wypowiedź. „Te biedne dzieci” stosuje się jako argument w boju ( bo i jest to bój) o danie związkom jednopłciowym lub osobom o nieokreślonej płci usankcjonowanych przepisami praw adopcyjnych. W wielu krajach się udało. Przez świat kroczy szeroką ławą pochód nowej ideologii, sowicie wspieranej przez ukrytych w cieniu sponsorów, działających przez rozmaite fundacje. Nie dziw, że w końcu dotarł również do Polski, z powodu nieugiętego katolicyzmu będącej solą w oku wyznawców gender. Twardym orzechem do zgryzienia. Tu więc potrzebne są inne środki bojowe, z rażącą prowokacją i kłamstwem na czele.

Zdaję sobie sprawę, że nie odkrywam nieznanych lądów; wszak nawet dla średnio rozgarniętego  to sprawy oczywiste. Żądania LGBT dobrze znamy. Wyskakują im z ust na każdym kroku. Krzycząc, że walczą o to, aby ich nie prześladowano, w rzeczywistości domagają się nadzwyczajnych dla siebie przywilejów. Sporo tu osiągnęli. Wprowadzili do obrotu swoisty zakaz krytycznego o nich mówienia i oceniania postępków, także tych sprzecznych z normami społecznymi. Zakaz ów, co nie dziwi, ma dotykać głównie ludzi należących do nadal wielkiej rodziny chrześcijan. Wrzeszcząc o gwarantowanej Konstytucją wolności słowa, LGBT wytacza równocześnie działa totalnej cenzury nawet wobec kazań głoszonych przez księży. Działacze ruchu wdzierają się do kościołów, by obscenicznym zachowaniem zakłócać mszę świętą, atakują kapłanów fizycznie i słownie. Profanują otoczone kultem wizerunki, z jakiegoś powodu najmocniej znieważając Maryję. Plotą bolące katolików bzdury o gigantycznym zalewie kościoła pedofilią, chytrze pomijając wszelkie w tej kwestii badania, ze statystyką na czele. Komunistyczna metoda odpowiedzialności zbiorowej hula tutaj w najlepsze.

Puszczając wodze wyobraźni  spróbujmy prześledzić ewentualne skutki wprowadzenia pozwoleń na wspomniane adopcje. To, jak dotąd, nader skomplikowana procedura. Zanim dziecko trafi z domu dziecka do rodziny adopcyjnej, przyszli rodzice muszą przejść poprzez rozmaite fazy sprawdzania ich predyspozycji rodzicielskich. Czasem trwa to miesiące, a bywa, że rok, dwa. Kryteria są wysokie, chociaż i tu nie zawsze daje się uniknąć błędów, na szczęście wyjątkowo rzadkich.

Weźmy teraz ”na warsztat” starających się o dziecko dwóch gejów lub dwie lesbijki. Czy będą w stanie przejść przez gęste sito oceny? Przypuśćmy, że tak. Ale co z przedłużaniem się formalności? Będą wołać o uruchomienie dla nich specjalnej szybkiej ścieżki, o pierwszeństwo w „przydziale” bobasa? Bo jak nie, cała brać LGBT w Polsce, Europie i na świecie usłyszy, że celowo utrudnia się adopcje, że to prześladowania, że ciemnota katolicka znów staje na drodze, że…Mają na składzie mnóstwo słów – przerażaczy.

Skąd taki wniosek? Z logicznej obserwacji zachowań całego ruchu. Z jego strategii i taktyki walki, planu bitwy i sposobu jej prowadzenia. Ten się nie zmienia. Wszak w wielu krajach wydał obfite owoce. Co najwyżej u nas musi być ostrzej z powodu oporu „ciemnych katoli”, przywiązanych do - nadal konstytucyjnej - rodziny, jaką tworzą matka i ojciec.   

Dzieci to nie przedmiot do zabawy. To nie klocki, które można sobie wyłuskiwać choćby z domów dziecka. Widząc, jakich środków bojownicy LGBT używają, nie potrafię uwierzyć w szlachetność ich intencji. W dobre udane rodzicielstwo ludzi, których orężem jest agresja i szantaż.

Co będzie z tym narastającym problemem, na razie nie wiemy. Ufam jednak, że nasza Matka czuwa i wskaże wszystkim najlepszą drogę.

Zuzanna Śliwa