PiS chciałby mieć monopol na prawicy, co sprawia, że stara się wchłonąć wszystkie partie po tej stronie sceny politycznej, a to, czego nie może, próbuje zniszczyć. Zapomina jednak, że w ten sposób pozbawia się potencjalnego koalicjanta i sam szykuje sojusz wszystkich przeciwko niemu. W dodatku przykład Kukiza pokazuje, że nawet sukces prawicowej konkurencji może przyczynić się do zwycięstwa PiS-u.

Kiedy Bronisław Komorowski stawał w szranki z Andrzejem Dudą, wszyscy komentatorzy byli zgodni: ten drugi nie ma najmniejszych szans. Komorowski miał za sobą jedną kadencję, był urzędującym prezydentem, był popularny, miał za sobą media i największy budżet. Duda był szerzej nie znany, nie miał żadnego z tych atutów, a w dodatku wydawał się nijaki, przez co był określany przez krytyków jako "budyń". Adam Michnik stwierdził nawet, że Komorowski musiałby przejechać zakonnicę w ciąży na pasach, aby przegrać. A jednak przegrał.

Chłodny ogląd sytuacji prowadzi do wniosku, że stało się to w dużej mierze dzięki Pawłowi Kukizowi. Zdobył on ponad 20 procent głosów w wyborach prezydenckich, co jest naprawdę wielkim sukcesem. Kampania Kukiza skupiała się na podważaniu obecnego systemu, a tym samym była w praktyce wymierzona w Komorowskiego. Głosowali na niego nie tylko zwolennicy prawicy, ale ci, którzy zniechęcili się do Komorowskiego, chcieli dać mu żółtą kartkę, chociaż za nic nie chcieliby zwycięstwa Dudy. W te mało kto zresztą wierzył.

Wydaje się, że Kukiz odebrał więc znacznie więcej głosów Komorowskiemu niż Dudzie. Zrobił jednak coś dużo ważniejszego. Po I turze wyborów zmusił Komorowskiego, aby ten odpowiedział na jego postulaty. Efektem było ogłoszenie referendum, który kosztowało 100 milionów złotych i przyciągnęło nikły procent Polaków. Była to największa wpadka poprzedniego prezydenta. W dodatku Komorowski zaczął się przedstawiać jako antysystemowiec, co było już całkowicie groteskowe. Ostatecznie przegrał, ale nieznacznie, więc efekt Kukiza jest nie do przecenienia.

Przykład ten pokazuje, że nawet ci, którzy krytykują PiS po prawej stronie, mogą w ten lub inny sposób mu bardzo dopomóc, np. skutecznie punktując PO. PiS nie docenia tego, atakuje Konfederację i wszelką opozycję po prawej stronie, będąc pewny miażdżącego zwycięstwa, które zapewni mu i tak samodzielne rządy. Jeśli tak się nie stanie, jego upadek będzie wyłącznie jego winą, a nie konkurencji, które ma prawo do samodzielnego startu.