Podobnie było ze środkami zgromadzonymi w OFE. Tusk dowodził, że te pieniądze „nie są własnością Polaków, bo polski system emerytalny jest systemem partycypacyjnym”. Przesunął wówczas ponad 150 mld. zł. z Otwartych Funduszy Emerytalnych do ZUS.

Przed swoją kampanią wyborczą zapewniali, że nie podniosą wieku emerytalnego. Gdy tylko zwyciężyli – podnieśli. Kobiety straciły na tym nawet 7 lat, mężczyźni jedynie 2 lata. Czyż można im jeszcze wierzyć. Nie wspomnę już o wspaniałych obietnicach  kolorowego, dostatniego życia, które nam serwowali w swoich spotach wyborczych i podczas spotkań z ludźmi. Gdy usiedli na rządowych stołkach, natychmiast o wszystkim zapomnieli.

Teraz szykują się do skoku na 500+, bo ten program społeczny uwierał ich od początku. A jak to wszystko wyglądało? Warto od początku prześledzić, aby nie mieć złudzeń, co do czystości intencji KO.

Już w lutym 2014 roku, przed wyborami samorządowymi Andrzej Duda przedstawił szczegóły programu. I zaczęło się. Nie pozostawiono na nim suchej nitki. Donald Tusk mówił: „Według mojej najlepszej wiedzy nie ma takiej możliwości sfinansowania tego projektu. Ja bym najchętniej dał nie na drugie 500, tylko od pierwszego po 1 tys. miesięcznie. Ponieważ łatwo przychodzi formułować tego typu obietnice, to moim zdaniem wtedy, kiedy jest ktoś, kto ma wiedzę na ten temat, jak funkcjonuje państwo, ile można pieniędzy wziąć od podatników, to warto może z nim – czyli w tym przypadku ze mną – podyskutować czy to jest możliwe, czy nie.(…) Moim zdaniem to nie jest możliwe”.

 Jeszcze przed wyborami premier Ewa Kopacz tak odpowiedziała na apel Andrzeja Dudy. „Można oczywiście obiecywać na prawo i lewo. Tylko że aby być rzetelnym – a ja traktuję tę obietnice złożoną przez prezydenta Dudę jako obietnicę honorową – to pan prezydent Duda powinien wiedzieć, że w budżecie państwa na rok 2016 nie ma środków na tego rodzaju pomysły i tego rodzaju ustawy”.

W październiku 2015 roku, gdy Jacek Rostowski odchodził z ministerstwa finansów też zapewniał: „Na te obietnice, które PiS złożył, pieniędzy po prostu nie ma i nie będzie do końca tej kadencji”.

Gdy po wygranych wyborach rząd Beaty Szydło szybko przystąpił do wdrażania tej obietnicy wyborczej, natrafił na zdecydowany opór w parlamencie. Katarzyna Lubnauer z Nowoczesnej apelowała o odrzucenie tego projektu: „Ten projekt jest drogim, nieefektywnym projektem socjalnym, który jest nieprzyzwoity i niesprawiedliwy. Jest czystym populizmem”.

Na szczęście PIS miał większość parlamentarną i mógł  wdrożyć 500+. PO zaraz przypisała sobie to jako swój sukces. Ewa Kopacz dowodziła, że zostawiła budżet w tak doskonałym stanie, że teraz PiS może bezkarnie wydawać pieniądze, ale to na pewno doprowadzi do ekonomicznej katastrofy.  Co było po wprowadzeniu projektu w życie, każdy jeszcze pamięta. Rozpętała się ogromna kampania przeciwko 500+. A to dlaczego dopiero na drugie dziecko, to czysta dyskryminacja tych, którzy mają jedynaków. Gdy przyszły wakacje, kampania pogardy na ludzi, którym sytuacja finansowa poprawiła się, ruszyła w mediach. Opluwano ich, porównując ich do dzikich Hunów, że opanowali polski Bałtyk i sieją tam swoim chamstwem zgorszenie. Starano się dowieść, że pieniądze te trafiają do rodzin patologicznych, w których nie pracuje się i pije na umór. A dzieci tych pieniędzy nie oglądają. Gdy badania tych absurdów nie potwierdziły, bo pieniądze były normalnie pożytkowane na potrzeby dzieci, rozpętano następna kampanię – „trzeba ten program uczynić sensownym”. W maju 2017 roku Grzegorz Schetyna mówił: „Będziemy mówili o urealnieniu 500+, przeznaczaniu tego świadczenia na pierwsze dziecko, ale także  o przyznaniu świadczenia dla osób aktywnych zawodowo, pracujących lub szukających pracy. Jeżeli mamy płacić 500+ tym, którzy nie pracują, to powinno to pochodzić z innych części polityki społecznej”. Przyznawano, że zlikwidują to świadczenie, zamieniając go na program „Aktywna rodzina”. Nie rozumiano, że kobieta, która wychowuje małe dzieci i zarabia grosze, lepiej aby zajęła się dziećmi niż pracowała jako wyrobnica. I nikt zdrowo myślący nie uważa, że za to świadczenie można wygodnie żyć i nie pracować.

A PO w swojej kampanii anty 500+ dowodziła, że kraj popada w ruinę, bo tyle osób nie pracuje. Na wsiach to już prawdziwy kataklizm – „ludzie porzucili pracę, nikt nie zbiera truskawek, nikt nie wychodzi do robienia prac polowych. To się odbije na dzieciach” – straszono.

Znając sposób rządzenia ludzi Platformy, nie ma najmniejszej wątpliwości, że w razie swego sobotniego zwycięstwa zabiorą się natychmiast do likwidacji znienawidzonego programu i tak go „zmodyfikują”, „przeprofilują”, że nic z niego nie zostanie.  Podobnie będzie z wiekiem emerytalnym. Wrócą do swojego dawnego projektu i nawet się z tym nie kryją. Nie mówiąc już o emerytach, który 13 i 14 emerytura będzie mogła się jedynie śnić.

W sobotnich wyborach jest jeden wybór – albo PiS, albo anty-PiS, bo wszystkie te ugrupowania wejdą natychmiast w koalicję z KO. I znów cofniemy się do mrocznych czasów rządów PO, gdzie frukta przypadają jedynie wąskiej grupie rządzących i ich zwolenników, a dla reszty znów nie będzie na nic pieniędzy. Nie mówiąc już o zmianach światopoglądowych, o pójściu nowoczesną drogą spod znaku tęczy.