Oto kolejna celebrytka, tym razem niemłoda wokalistka, właśnie doznała olśnienia i zwierzyła się gazecie, że padła ofiarą. Przypomniała sobie bowiem, że ktoś przed laty (co już nie do sprawdzenia, więc nie posądzą jej o kłamstwo) nie tak ją dotknął, lubieżnie spojrzał itp. Nie przeczę; część takich opowieści może być oparta na prawdzie. I byłby to powód do załamywania rąk nad bezeceństwami tego świata, gdyby nie częstotliwość takich wyznań rodząca podejrzenie, że to jakiś dziwny wyścig. Że ktoś nas robi w konia. Wątpliwość budzi też podobieństwo relacji dające wrażenie, iż odbito je z jednego szablonu.

Rodzimym wstępem do otwarcia tematu „molestowanie” stała się sprawa red. Kamila Durczoka, którego o ten czyn oskarżyły współpracownice. Jak było w rzeczywistości, niesposób dociec. Każda ze stron ma swą opowieść, więc trudno wyrokować, gdzie leży prawda. Lecz i to wystarczyło by część celebrytek odkryła sposób na zaistnienie albo na przypomnienie o sobie szerokiej publice.

Niejako po drodze doszły wieści z samego Hollywood. Niezwykle wpływowy reżyser i producent okazał się kreaturą, wykorzystującą rozpoczynające karierę aktorki dla zaspokojenia swej seksualnej rozwiązłości. Metoda była prosta. Chcesz grać w filmie, nie możesz mi odmówić. Aż któraś odważyła się opowiedzieć o tym głośno - i runęła lawina. Okazało się, że przez wiele lat bycia swoistym królem fabryki snów łobuz ów wymusił, często na siłę, usługi seksualne na dziesiątkach kobiet. Ujawnienie skandalu stało się zaczątkiem szerokiego ruchu sprzeciwu ogarniającego całą Amerykę. Oczywiste było, że na tym kraju się nie skończy i że przedmiotowe traktowanie kobiet powinno być czymś, co należy potępić, czego nie wolno zlekceważyć.

Ale wróćmy na nasz grunt. Gadka o molestowaniu stała się w środowisku celebryckim rodzajem mody. Do rangi tego przestępstwa urosły nawet niejasne, zdawkowe gesty mężczyzn z otoczenia. Ba, znalazł się też rodzynek, wschodzący pisarz, który doniósł, iż nękała go seksualnie starsza odeń pani, mającą spore wpływy w środowisku. Zarzut molestowania okazał się groźnym narzędziem, za pomocą którego można wykończyć każdego, także niewinnego. Wystarczy, że nie spełnił oczekiwań, że czymś podpadł. Ofiarami bywali i bywają nie tylko ci z elity artystycznej ale choćby nauczyciele, posądzeni przez rozwydrzone cwane nastolatki, chcące w ten sposób np. zemścić się za złe stopnie. Wystarczy samo oskarżenie, aby złamać karierę, wyrzucić poza nawias. Molestowanie, czyn w swej istocie paskudny, stał się więc wytrychem, drogą do celu w konfliktach.

Po ostatniej wizycie w moim sklepiku, gdzie mimowolnie wyczytałam z tabloidu, że kolejna celebrytka „odważyła się w końcu” (to stałe stwierdzenie) wyznać co ją spotkało, obiecałam sobie, że już nigdy nie zerknę na tę gazetową ladę. Fundnę sobie dzień bez molestowania, bo mam go już po uszy! Niestety, marzenie to poszło się paść na zieloną łączkę złudzeń. Tego samego dnia kupiłam poważny tygodnik, chcąc przeczytać coś mądrego. Jednak i tu natknęłam się na niechciany temat: artykulik omawiający wywiad udzielony znanemu czasopismu przez redaktora celebrytę Hołownię. Upublicznił on tamże przygodę z księdzem, który kiedyś wykonał wobec redaktora niejasny gest. Ten, biorąc pod uwagę, iż mogła to być próba molestowania, wyrżnął księdza „ z liścia”, aż nieszczęśnik padł na ziemię. A teraz imć Szymon jakby nigdy nic dywaguje czy aby nie uległ pomyłce; wszak ów ksiądz mógł go tylko chcieć po bratersku przytulić.

Gdybanie redaktora jest w samej swej istocie idiotyczne. Rzucił błotem? Rzucił. Chce się teraz oczyścić, bo i na niego chlapnęło? Po co więc rzucał; do tego publicznie? Czyżby był baranem idącym w celebryckim stadzie, gdzie normą obowiązującą jest kopanie księży?   

Zuzanna Śliwa