Mieczysław Jałowiecki w swoich wspomnieniach „Na skraju imperium” twierdzi, że niemiecki Sztab Generalny posłużył się bolszewicką zarazą gwoli obezwładnienia, a następnie – skolonizowania Rosji. Było to na rękę Wielkiej Brytanii, która z jednej strony obawiała się, że Rosja może zagrozić jej posiadłościom w Indiach i na Środkowym Wschodzie, a z drugiej – by Niemcom, które coraz natarczywiej domagały się kolonii, zaproponować skolonizowanie Rosji. Ciekawe, że Niemcy dały się na to nabrać, chociaż chyba zdawały sobie sprawę z brytyjskiej intrygi, o czym świadczyło hasło: „Gott strafe England!” - ale widocznie pomysł skolonizowania Rosji im też się spodobał. Jałowiecki, który w czasie I wojny współpracował z brytyjską ambasadą w Piotrogrodzie i wykonywał różne zadania wywiadowcze dla Anglików twierdzi też, że Anglia oczekiwała od Rosji tylko jednego – żeby podejmowała ofensywę za ofensywą na froncie wschodnim, co odciążyłoby front zachodni. Anglicy nie są lojalni wobec nikogo – nawet wobec najlojalniejszego sojusznika – twierdzi z naciskiem. Jak wiemy, operacja niemieckiego Sztabu Generalnego udała się w stu procentach; Rząd Tymczasowy w Rosji został obalony, a bolszewicy, na czele których stali Lenin i Trocki – obydwaj Żydzi (nawiasem mówiąc, Jałowiecki podaje bardzo szczegółową genealogię Lenina, z której wynika, że był Żydem ze strony matki, pochodzącej od konwertyty, który po chrzcie zmienił imię, nazwisko i nawet „otczestwo” - na „Dmitriewicz”). Bolszewicy żydowskiego pochodzenia rzeczywiście zastąpili w Rosji dawną elitę społeczną, którą przeważnie wymordowali po uprzednim ograbieniu, no i zawarli w Niemcami separatystyczny pokój w Brześciu, co niemieckiemu Sztabowi Generalnemu umożliwiło przerzucenie części wojsk na front zachodni. Wobec przystąpienia Ameryki do wojny, jej wynik był raczej przesądzony, ale pokój brzeski przyczynił się do przedłużenia działań wojennych o rok. Wspominam o tych wydarzeniach by pokazać, że państwa poważne gotowe są wtrącić nie tylko wrogów, ale nawet sojuszników w stan krwawego chaosu, dla osiągnięcia niewspółmiernie drobnych korzyści. Stanisław Cat-Mackiewicz wspomina o swojej rozmowie z hrabianką Skarbek, która podczas II wojny była agentką wywiadu brytyjskiego, na temat Jugosławii – dlaczego Anglicy przeprowadzili tam przewrót, który sprowokował Hitlera do uderzenia na ten kraj w ramach operacji „Marica”, po której Jugosławia po kilku dniach została pobita. - Ach, pan się na tym nie rozumie – powiedziała mu hrabianka Skarbek – to opóźniło o czternaście dni operację na Krecie.

 

Dopiero na tym tle możemy zrozumieć przyczyny i cel „Marszu Tysiąca Nóg”, to znaczy, pardon – jakich tam znowu „nóg”, kiedy chodzi przecież o „Marsz Tysiąca Tóg”, czyli – jak powiedziałaby Oriana Fallaci - „śmiesznych, średniowiecznych łachów”, przy pomocy których niezawiśli sędziowie przydają sobie powagi i autorytetu. Demonstrację, jaka 11 stycznia odbyła się w Warszawie zorganizowały polityczne organizacje sędziowskie: „Iniuria”, to znaczy – pardon – oczywiście „Iustitia” i „Themis”, która ma bardzo podobną nazwę do ubeckiej „operacji Temida”, mającej na celu zwerbowanie agentury w środowisku sędziowskim. Na demonstrację zjechali się sędziowie z 22 krajów; ciekawe, czy z inicjatywy własnej, czy też dyskretnie zachęceni przez własne rządy. Tak czy owak mamy do czynienia z narodzinami sędziowskiego internacjonału. Dlaczego sędziowskiego? Ano dlatego, że lepiej nie powtarzać eksperymentu z internacjonałem proletariackim, zwłaszcza w sytuacji, gdy odpowiednio podkręceni niezawiśli sędziowie tak samo zrealizują cele komunistycznej rewolucji, w dodatku w tak zwanym „majestacie prawa”.

 

Korzenie tej demonstracji i tego internacjonału tkwią w gospodarskiej wizycie, jaką 7 lutego 2017 roku złożyła w Warszawie Nasza Złota Pani, kiedy okazało się, że zorganizowany 16 lutego 2016 roku „ciamajdan” nie doprowadził do przesilenia politycznego. W kilka tygodni później wszystkie organizacje broniące praw człowieka wystąpiły do Komisji Europejskiej, by zrobiła z Polską porządek, bo poziom ochrony praw człowieka w Polsce urąga wszelkim standardom. Oznaczało to, że niemiecki Sztab Ge... - to znaczy, pardon, jaki tam znowu „sztab”, kiedy Niemcy nawet nie mają Sztabu Generalnego – tylko zwyczajnie Nasza Złota Pani, postanowiła inaczej rozłożyć akcenty: teraz nie walczymy w Polsce o demokrację, tylko przede wszystkim - o praworządność, a w tej sytuacji na pierwszą linię frontu w charakterze mięska armatniego, zostali rzuceni niezawiśli sędziowie. Oczywiście nie wszyscy, tylko przede wszystkim ci, którzy musieli posłuchać rozkazu, no a poza tym ci, którym spodobała się całkowita samowolka, jaką w naszym bantustanie cieszą się niezawiśli sędziowie. Mogą robić, co tylko chcą, nawet kłaść lachę na „ustawy”, którym niby „podlegają” - a za nic nie odpowiadają. Któż by nie chciał, któż nie broniłby takiego komfortowego statusu? Rząd „dobrej zmiany” próbuje tę samowolkę ukrócić, przechodząc na ręczne sterowanie sądami, ale to jest lekarstwo gorsze od choroby, bo oznacza powrót, jeśli nawet nie do PRL, to przynajmniej do przedwojennej sanacji. Bez wątpienia na sędziów trzeba ukręcić tęgi bat, ale włożyć go nie w ręce rządu, a w ręce obywateli, którzy co 5 lat weryfikowaliby niezawisłych sędziów, a jeśli któryś w swoim okręgu sądowym nie uzyskałby co najmniej bezwzględnej większości obywateli głosujących, wylatywałby z sądownictwa bez żadnego odwołania. Zresztą w PRL, podobnie jak za sanacji, było pod tym względem lepiej, bo taki jeden z drugim sędzia nigdy nie wiedział, czy stojący przed nim jegomość nie ma jakichś sekretnych powiązań z partią, czy bezpieką – za komuny – albo z którymś z „pułkowników” - za sanacji – i na wszelki wypadek zachowywał się przyzwoicie, chyba, że dostał polecenie partyjne, to wtedy hulał na całego. Czyż tedy nie byłoby lepiej, gdyby sędzia czuł respekt nie przed bezpieczniakami, czy pułkownikami, tylko przed obywatelami?

 

Ale merytoryczna strona, to jedna, a strona polityczna, to sprawa druga. Naszej Złotej Pani, ani jej poprzebieranych w „śmieszne, średniowieczne łachy” kolaborantom, nie chodzi o żadną „praworządność” - bo to tylko hasło, podobne do „grab nagrabliennoje!”, które za sprawą żydokomuny w 1917 roku rzuciło Rosję w odmęty krwawego chaosu, a które ma doprowadzić do podobnego chaosu w Polsce, dzięki czemu Niemcy mogłyby, przynajmniej częściowo, odzyskać wpływy polityczne. Wskazują na to również hasła prounijne, jakie w przypływie szczerości wygłaszali przywódcy sędziowskich organizacji politycznych. „Nie musimy wybierać!” No i słusznie – po co tu jeszcze „wybierać”, skoro Nasza Złota Pani już wybrała?