Portalowi DoRzeczy.pl Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”, powiedział:  "Rzeczywiście mam wrażenie, że ta euforia, która się pojawiła w środę u niektórych komentatorów jest trochę przedwczesna. I wynika zapewne z niezrozumienia do końca samego dokumentu, jak i tego, co się wydarzyło. Bo z jednej strony owszem – nie ma tam wprost tego, czego się obawiano. Czyli nie ma zgody na dopuszczanie żonatych mężczyzn do święceń, podobnie, jak nie ma wyświęcenia kobiet na diakonisy. Ale gdy wczytamy się w ten dokument dokładnie, musimy zwrócić uwagę na kilka kwestii".

Wyjaśnił następnie: "Po pierwsze – na samym początku mówi się tam, że należy go czytać łącznie z dokumentem synodalnym. Czyli tym, który powstał po październiku 2019 roku. A w tamtym dokumencie te rzeczy, o których wspomnieliśmy wcześniej są, więc jeśli należy to czytać łącznie, nie ma wprost potępienia pomysłów, które się pojawiły w dokumencie synodalnym, to stwarza to pole do rozmaitych interpretacji".

WESPRZYJ NAS Rozlicz z nami PIT za 2019 i przekaż 1% podatku na Fundację SOS Obrony Poczętego Życia. Wesprzyj ofiary przemocy domowej i obronę dzieci nienarodzonych!

Lisicki przyznał jednak, że ewidentnie dokument miał iść dalej: "Rzeczywiście mamy tu do czynienia z wycofaniem się na z góry upatrzone pozycje. Wydaje mi się, że w znaczeniu pierwotnym ta adhortacja miała iść znacznie dalej. Miała wprowadzać te rozwiązania, o których mówiliśmy na początku, ale z różnych powodów nastąpiło cofnięcie się. Bez wątpienia znaczenie miał opór katolików w stopniu, który był zaskakujący. Ale czymś, co miało kluczowe znaczenie dla tego cofnięcia się była faktycznie książka kardynała Roberta Saraha z przedmową Benedykta XVI".