Czy tamta potężna zaraza wpłynęła również na rozwój naszego kraju? Opinie na ten temat bywają niejednoznaczne. Do dziś ciągnie się spór, na ile dżuma dotknęła także Polskę, podówczas pod berłem Kazimierza Wielkiego (1310-1370). Nie ulega wątpliwości, że zebrała i tu swoje żniwo, choć nie było tak przerażające, jak np. we Francji czy Italii, mających rozwinięte szlaki handlowe lądowe i morskie. To właśnie nimi wędrowała najchętniej, kosząc po drodze miliony ludzi.

Pierwsze ogniska zarazy pojawiły się u nas dopiero w trzy lata od jej wybuchu – jesienią 1349 r. w Elblągu i Fromborku, by przenieść się wkrótce - prawdopodobnie wiślanym szlakiem - do Gdańska, Torunia i dalej. Na ofiary wybierała na równo prosty lud i wielkich panów. Po pierwszej fali nastąpił nawrót. Wedle Jana Długosza (1415-1480) morowe powietrze zabiło ponad połowę ludności w 1360 r. Rok po śmierci króla Kazimierza znów wyjęło kosę. Dwa pokolenia wstecz, w latach 1310 – 1325 dotknęła Polskę inna złowieszcza klęska – głód. Na skutek nieurodzaju, szczególnie tego trwającego trzy lata – do 1319 r., z braku jedzenia zmarły tysiące ludzi.

Na tym tle jakże niezwykłe wydają się wysiłki Kazimierza Wielkiego, zmierzające do rozbudowy królestwa, co zaowocowało niebywałym rozkwitem budownictwa. Przypomnijmy, że mawiano o tym królu, iż „zastał Polskę drewnianą, murowaną zostawił” ( Długosz zapisał to tak: „Zastawszy Polskę glinianą, drewnianą i nieschludną, pozostawił ją murowaną, ozdobną i wspaniałą…”).

Te pochwalne oceny natknęły się w obecnej dobie na opór środowisk, które niejednokrotnie z zadziwiającym wręcz zapamiętaniem starają się obniżać wielkość i zasługi naszych przodków. Z dużym, przyznaję, zdziwieniem czytałam w pewnej znanej gazecie ( były to lata 90-te), że mówienie o królu Kazimierzu jako o wielkim budowniczym to przesada. Bo i cóż niby takiego dokonał? Pozujący na znawcę autor artykułu nie uwzględnił jednak w swych pseudohistorycznych wypocinach prostego faktu: warunków, w jakich budowanie to miało miejsce. Nie mógł uwzględnić; wzięcie tego pod uwagę musiałoby siłą rzeczy prowadzić do odmiennych wniosków. A przecież nie o to mu chodziło. Chciał przywalić…A że łgał? Cóż, wypełniał „misję” wziętą za cel przez owe środowiskach, pełne speców od czynienia z Polski jakiejś nieudanej wydmuszki dziejów. Co innego Europa… Porzućmy jednak te bzdury i zerknijmy za zasłonę wieków.

Jak notował kronikarz, Kazimierz Wielki „podniósł do wielkości dzieła swoje, murował miasta, zamki, domy…Za czasów tego króla w lasach, gajach i dąbrowach tyle założono wsi i miast, ile ich bodaj nie powstało kiedy indziej…” Za trwające 37 lat jego panowanie powstało 65 miast, pół tysiąca wsi, 53 zamki, 13 warowni, umocnienia obronne 37 miast. Dorzućmy tu kanał łączący Kraków z Bochnią i zmianę koryta Wisły pod Korczynem. Najmocniejsza sieć twierdz zwana Orlimi Gniazdami chroniła serce kraju ze stolicą Krakowem. Druga linia umocnień i zamków od Litwy po Ruś Czerwoną i Dniestr strzegła przed Tatarami. Całości dopełniał system twierdz północnych. To wszystko trzeba było zbudować. A przecież kraj liczył ledwo 2 mln. mieszkańców, w dodatku – jak wspomniałam – znacznie przetrzebionych przez czarną śmierć. Toteż miał król do dyspozycji tylko tylu ludzi, ilu mieszka w połowie współczesnych dzielnic Warszawy. Musiało więc być to murowanie wysiłkiem zaiste gigantycznym.

Mapa budowli wskazuje, że chodziło zarówno o obronę ważnych strategicznie punktów, jak i - przez zakładanie miast i wsi - o rozwój zacofanych regionów. Sąsiedztwo twierdz i zamków stanowiło bazę surowcowo-żywnościową, dając zarobek tysiącom okolicznych mieszkańców. Przy okazji takiej ilości budów wielu zdobyło też fach murarski, kamieniarski, ciesielski, tym samym podnosząc swój poziom życia. I gdyby nie czarne śmierci, kto wie, w jakim miejscu Polska mogłaby się znaleźć.         

Chociaż minęły wieki, wizja epidemii nadal budzi w ludziach trwogę. Oby tym razem znalazła jak najszybciej swój kres.

Zuzanna Śliwa