Takie poczucie obcości jak wypadku izraelskich filmów miałem oglądając dwa wyświetlane w polskich kinach kanadyjskie filmy - ''Miłość mojego brata'' (który można obejrzeć i w warszawskim kinie Amondo) oraz ''Matthias i Maxime'' (film wyświetlany na ekranach warszawskiego kina Kinoteka).

Reżyserka i scenarzystką filmu „Miłość mojego brata” jest Monia Chokri (aktorka znana z filmów Xaviera Dolana). W głównych rolach w filmie wystąpili: Anne-Élisabeth Bossé, Patrick Hivon, Evelyne Brochu.

Bohaterką filmu jest bezrobotna, nieatrakcyjna, trzydziestoletnia, stara panna. Sophia mieszka w mieszkaniu swojego brata. Dobre relacje brata i siostry niszczy romans brata. Jego nowa dziewczyna to aborterka, u której Sophia poddała się aborcji.

Film ewidentnie propaguje pozytywny wizerunek komunizmu. Gówna bohaterka pisze doktora o komunistycznym ideologu Antonio Gramscim (widzowie dzięki temu zainteresują się to postacią, będą mieli z nią dobre skojarzenia, i może coś jego lub o nim poczytają, dzięki czemu przyswoją sobie komunistyczne zabobony). Z ogromną sympatią ukazany jest ojciec dziewczyny — idealista komunista, posiadający psa o imieniu Fidel, cytujący Lenina i dzielący z dziećmi swoją seksualnością (film ukazuje posiadanie totalitarnych komunistycznych poglądów jako coś normalnego i sympatycznego).

W ukazanym w filmie normalnym życiu młodych Kanadyjczyków normą jest alkohol, narkotyki i poczucie bezsensowności życia. Niezwykle szokujące jest to, że film przedstawia aborcję jako coś normalnego. Bohaterka wspierana przez brata idzie do kliniki mordowania nienarodzonych dzieci, by tam zabito jej dziecko (to już druga aborcja głównej bohaterki). Mordowanie dziecka ukazane jest jako coś zwyczajnego — jak wizyta u dentysty, zapewniającego frajdę z bycia pod wpływem morfiny, coś, co nie nie powoduje dużego dyskomfortu. To ciekawe, że niemieccy naziści mieli tyle przyzwoitości, by ukrywać przed światem swoje odrażające mordowanie Polaków, Cyganów i Żydów w komorach gazowych, a zdegenerowany zachód odrażająco chwali się mordowaniem nienarodzonych dzieci, oraz ukazuje je jako coś normalnego i satysfakcjonującego.

W jednej ze scen bohaterka odnajduje szczęście, ucząc kolorowych imigrantów, którzy przybyli do Kanady. Film więc prócz promocji narkotyków, alkoholu, komunizmu, aborcji, klasycznie lewicowo promuje też imigrację.

 

''Matthias i Maxime'' to kanadyjskie ckliwe romansidło o gejach w reżyserii Xaviera Dolana — reżyser jest też odtwórcą jednej z głównych ról, obok takich aktorów jak: Gabriel D'Almeida Freitas, Pier-Luc.


Grany przez reżysera Maxime postanowił wyemigrować do Australii, w Kanadzie pozostawia matkę narkomankę i kumpla Matthiasa. Tytułowi bohaterowie to geje, którzy się kochają, ale uciekają przed swoją seksualnością i miłością. Udając heteroseksualistów, są nieszczęśliwi, dopiero wzajemne obściskiwanie czyni ich szczęśliwymi.


Gdyby film opowiadał niespełnionej miłości chłopaka i dziewczyny, ucieczce od wzajemnej miłości, i kończył się happy endem, w postaci wzajemnego normalnego heteroseksualnego obściskiwania byłby przyjemnym filmem do oglądania. Romans faceta do faceta dla osoby wykazującej (wynikającą z biologicznego interesu gatunku) homofobie, jest trudnym przeżyciem, zdarzeniem niekompatybilnym z biologicznym determinizmem – widzowi trudno się utożsamiać z zachowaniami i motywacjami głównych bohaterów.


Zapewne osoby ze środowisk lewicowych nie mają takich problemów – dzięki temu, że nie odczuwają (wynikającej z biologicznego interesu gatunku) odrazy do perspektywy relacji z odbytem osoby tej samej płci, mogą się utożsamić z homo romansem. Filmowi trzeba jednak oddać, że nie jest to klasyczne kino analnego niepokoju, epatujące pornograficznymi zachowaniami dewiacyjnymi (które wzbudzają totalną wynikającą z biologii awersje) - romans dwu facetów, prócz finałowej sceny obściskiwania ukazany jest taktownie i ckliwie — dzięki czemu obraz niestety dobrze z punktu widzenia tęczowej rewolucji spełnia funkcje propagandowe.


Dla konserwatywnego polskiego widza niewątpliwie ''egzotyczne'' ukazane jest życie młodych Kanadyjczyków (prawdopodobnie heteroseksualistów), dla których relacje towarzyskie z gejami są czymś naturalnym.


Ciekawy jest pewny szowinizm kulturowy postępowych Kanadyjczyków (non stop konsumujących alkohol i narkotyki) żywiołowo przeciwstawiających komunikacji werbalnej w języku angielskim, zabawna jest satyra na karykaturalne pozerstwo młodych artystów. Twórcy filmu ładnie ukazali, jak życie w dobrobycie może nie sprawiać satysfakcji.


Mieszanka gejów, narkotyków, alkoholu i braku satysfakcji życia, sprawia, że film jest obrazkiem tego, jak gnije syty zdegenerowany zachód. Ckliwa i sentymentalna opowieść niestety spodoba się zagubionym widzom ukształtowanym przez lewicową rewolucję kulturową.