Święta wielkanocne to najważniejsze chrześcijańskie święta. To obchody śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. To moment, kiedy cały Kościół jednoczy się na wspólnych obrzędach po to, by pokazać światu, że istnieje coś więcej niż doczesne życie - życie wieczne, które wysłużył nam Jezus przez ofiarę Krzyża.

W tym momencie papież, z troski o życie doczesne wiernych, odmawia wiernym udziału w tych uroczystościach pod jego przewodnictwem. Rzecz jest trudno zrozumiała z katolickiego punktu widzenia, ale również ze zdroworozsądkowego.

Można by bowiem wykorzystać pandemię koronawirusa, aby pokazać, że Kościół jest, jak naucza Franciszek, szpitalem polowym. Można by zaprosić na wielkanocne misteria przedstawicieli wielu krajów i przy zachowaniu względów bezpieczeństwa, razem świętować. Można by do wielkiej bazyliki św. Piotra wpuścić powiedzmy 100, 200 osób i zachować między nimi odpowiedni dystans.

Tymczasem teraz, kiedy telewizje będą transmitować papieskie msze z pustych kościołów, pokazując papieża jak odgradza się od wiernych i celebruje Msze za zamkniętymi drzwiami, trudno będzie uciec od obrazu wystraszonych Apostołów, którzy siedzieli zamknięci w Wieczerniku z obawy przed Żydami.

Franciszek zachęcający do odwagi, wychodzenia na peryferia, stykania się z różnymi rodzajami biedy, sam teraz jawi się jako ktoś wystraszony. Ostatecznie ci, którzy przyszliby na spotkanie z papieżem, robili to z własnej woli i na własne ryzyko. Wygląda więc tak, jakby Franciszek martwił się przede wszystkim o siebie. Jeśli nawet tak nie jest, tak postrzega to wielu ludzi.