Otworzyłem oczy. Kamień, z pozoru stromy, miał bardzo łagodną powierzchnię. Rozejrzałem się dookoła. Nikt z moich koleżków jeszcze nie trenował. Przeciągnąłem się, próbując nadąć swój rezonator. Gdy usłyszałem jednak lekki chrupot, w wypukłej kości moich lędźwi, zaniechałem dalszych akcji. Powietrze było suche, co nakazywało moim gruczołom śluzowym zwiększenie produkcji ochronnej mazi. Leniwie spojrzałem na taflę wody otaczającej moją przyjazną wysepkę. W jej czystym lustrze dość wyraźnie dostrzegłem odbicie rozmazanych sylwetek ludzi, przechodzących ścieżką, biegnącą nieco ponad poziomem wody.

- „Takim to dobrze” – pomyślałem – „Najwyższa forma ewolucji. Ileż bym dał, za chwilę w człowieczym obstalunku”.





Ostatnie promienie słońca utworzyły dziwną poświatę czerwieni za plecami starej, poniemieckiej śluzy. Niedobitki turystów z wolna opuszczały ten dziewiętnastowieczny wynalazek wodnej technologii. Wokół mnie zaczęły nieśmiało rozlegać się delikatne próby głosu wśród moich pobratymców. Wnikliwiej przyjrzałem się moim konkurentom do amorów. Większość z nich zdążyła już przywdziać błękitne odzienie. Nerwowo zerknąłem na swój garnitur. Na szczęście z ponurego brązu zostały już tylko niewielkie plamki. Dorodny, zalotny błękit zwiastował nadchodzące uciechy i kilkutysięczne ojcostwo. 





Nagle, gdy pewny swego, rozciągałem uda, sposobiąc się do wydania pierwszego w sezonie godowego trela, coś mocno szarpnęło moim ciałem.

- Iś habe żabe, iś habe żabe!!!! – usłyszałem głos potomka volksdeutschów, kaleczącego obydwa użyte języki. 

Nim zdążyłem się zorientować mój śliczny, niebieski przyodziewek upiększał dziecięcą dłoń jakiegoś bachora. Nie wiedzieć czemu niespodziewanie zbliżył mnie do swoich ust i przywarł nimi do mego, przerażonego pyszczka. To co teraz nastąpiło mógłbym przyrównać tylko do detonacji największego balona świata. Piekący żar zaczął rozrywać mnie od wewnątrz. Moja, dotąd sympatyczna mordka, przypominała teraz najsławniejszy obraz Munka. Byłem niemal pewien, że mały gnojek wetknął we mnie słomkę i niegodziwie jej użył, nadymając moje lazurowe ciałko. W ułamku sekundy mignęły mi przed oczyma babcine opowieści o ludzkim sadyzmie, któremu nie dawałem wiary. Pomimo potwornego bólu postanowiłem przyjąć swój los z godnością i w duszy zanuciłem słowa żabiego hymnu ; „Choć pożąda mnie gatunek, Francuzowi podam trunek. By swe gusta zadowolił , od mych ud się od…..”. Niespodziewanie przerwałem, zmieniając perspektywę spojrzenie na całą scenę. Ku memu przerażeniu stałem teraz nagi, wyprostowany na dwóch kończynach, patrząc z góry na struchlałego ze strachu smarkacza.  

 - Jestem człowiekiem!! – wrzasnąłem, a moje ciało zaczęło radośnie podskakiwać na nowych, smukłych kończynach.

Ewolucyjny skok do ekstraklasy napełnił mnie, niespotykanym dotąd, głodem wiedzy, który przez kolejne dni, tygodnie i miesiące zacząłem skwapliwie zaspakajać. Setki spędzonych godzin w bibliotekach doprowadziło w końcu do stanu pełnej integracji z wyjątkowością homo sapiens. Stanąłem na schodach przybytku wiedzy, rozpostarłem ramiona i poczułem, że jestem pełnoprawną częścią tego cudownego, dwunożnego świata, opartego na greckiej filozofii, rzymskim prawie i chrześcijańskiej etyce. Z bagażem potężnego optymizmu ruszyłem wreszcie w życie.





Ku memu zaskoczeniu kolejne dni egzystencji, ramię w ramię, z najinteligentniejszym gatunkiem ziemi, nieco mnie zaniepokoiły. Wierzyłem jednak, że trafiałem na wyjątki, potwierdzające wszelakie reguły. Szybko jednak moje niemiłe zaskoczenie zaczęło przybierać nieznośną formę ogólnego rozczarowania. Pomimo usilnych starań, we współczesnych ludziach, nie  mogłem doszukać się Sokratesowskich cnót, ani dążenia do prawdy obiektywnej. Trudno było mi także poukładać sobie w głowie codzienne gwałcenie kardynalnych zasad prawa rzymskiego. Wiedziałem, iż prawo w teorii jest tworzone na podstawie norm etycznych i moralnego prawa naturalnego, czego nijak nie mogłem znaleźć we współczesnym prawotwórstwie.  Zapadając się głębiej w analizę gatunku, moja, niedawno bezkrytyczna, wiara w ludzkość słabła  w zastraszającym tempie. 





- „Kościół ! ” – wykrzyknąłem z nadzieją. – „Toć to ostoja wartości chrześcijańskich, etyki, moralności, dobra, społeczności i rodziny”.

Uradowany, podjąłem się wiwisekcji, oraz konstatacji stanu faktycznego, współczesnego spoiwa Chrześcijaństwa. Spojrzałem na dzisiejszy, purpurowy establishment, próżno szukając ideowych uczniów Chrystusa, czy choćby kontynuatorów szlachetności Kardynała Wyszyńskiego. Perełki niższej hierarchii kościelnej mogą nie  wystarczyć jako przeciwwaga dla rozpanoszonej, nierzadko agenturalnej, łobuzerii. 

- „Co się z wami stało ludzie?” – myślałem zawiedziony. – „Jestem z wami niespełna rok, a wszystko czego wam zazdrościłem, poddaliście w wątpliwość, deptając dotychczasowe świętości”.

Pełen niekłamanego smutku przysiadłem na ławce miejskiego parku, nieopodal miejsca, gdzie narodziłem się na nowo.





„Durnie” – podsumowałem, spoglądając na spieszących gdzieś, przedstawicieli ewolucyjnej doskonałości. - „Coście zrobili ze swoimi skarbami? Co zrobiliście z poczuciem bezpieczeństwa, które gwarantowały wam pryncypia cywilizacji łacińskiej? Jak dopuściliście do tego, by światem rządziły miernoty, cwaniaki i skorumpowane łajzy? Jak pozwoliliście na to, by prostackie systemy wybiły wasze intelektualne elity? Czemu pozwalacie na to, by w waszych opłotkach rozpychały się wielonarodowe, złodziejskie hordy? Kto pozwolił na dokarmianie z waszych pieniędzy, zapiekłych wrogów waszej państwowości? Jaki drań zdołał okutać maseczkami wasze twarze i mózgi? Jak można tak wykoślawić  rozumienie pojęcia; państwo, etyka i prawda? Jakim krętaczom daliście bogactwo, by mogli decydować za was, kupując was za fałszywe srebrniki? Kto dopuszcza do niszczenia waszych posad, kreując zaprzęg złożony z rozwścieczonych niewiast, wyuzdańców, albo amerykańskich nierobów? Kto wyraził zgodę na modyfikowanie waszego żarcia, trując was na potęgę? Kto pozwala obcym mielić wasze głowy kłamliwą, informacyjną papką? Jak możecie godzić się na tworzenie eksterytorialności, miejsca waszej największej tragedii? Jak możecie przymykać oczy na tysiące chrześcijańskich ofiar? Jak mogliście tak postawić świat na głowie, by życie ludzkie mniej was interesowało od losu chrabąszcza majowego? Jak w ogóle dopuszczacie do prób podnoszenia miecza na rodzinę? Komu pozwoliliście przebrać was w koszulki gojów, spadając tym samym do człowieczej czwartej ligi?  Jak możecie tolerować babsko, które twierdzi, że dla was śmierć to tylko śmierć, podczas gdy dla jej współwyznawców to metafizyczne spotkanie z Bogiem? Jak możecie tolerować obcą sieć sklepów, której bezczelny wszechprezes twierdzi, że macie przywyknąć do niższej jakości, bo macie mniejsze wymagania? Jak mogliście dopuścić do życia według scenariusza magdalenkowych zdrajców i prymitywów? Jak możecie sadowić nadzieję w obcych obrońcach, którzy przed przyjazdem, nie mieli bladego pojęcia, gdzie leży wasz kraj, którzy żrąc na wasz koszt, w razie konfliktu, pokarzą wam sztukę błyskawicznej ewakuacji? Jak mogliście dopuścić, by jakiś europejski glut dyktował wam, z kim macie handlować, a z kim nie? Jak mogliście dopuścić do bezprecedensowego obywatelskiego rozbrojenia? Jak mogliście tak łatwo zapomnieć o godności i honorze? Jak, jak, jak i jak?”  





Mocno poirytowany poderwałem się z ławki, ruszając przed siebie. Po chwili jak spod ziemi wyłoniła się przede mną ściana mdłokolorowej manifestacji. Na jej czele rozpychał się niedogolony menel z plakatem o intrygujących napisach; „Aborcja przez dziewięć miesięcy!” i „Moja macica należy do mnie !”.

Nie mogąc zrozumieć treści przeczytanych zapisów, szarpnąłem jegomościa, odciągając go na skraj rozweselonego tłumu.

- Panie o co chodzi z tymi hasłami? – zapytałem.

- O moim ciele tylko ja mogę decydować i to całą, trwającą ciążę. – odparł pląsając radośnie przed moim obliczem.    

- Aha – rzekłem, gdy tylko dotarło do mnie menelskie przesłanie.

Delikatnie podjąłem pląs z nieznajomym. Przy kolejnym, oberkowym obrocie ustawiłem tancerza frontem do czoła pochodu i wymierzyłem mu tak siarczystego kopa w dupsko na jakiego było mnie tylko stać. Bezwładnie wpadł w objęcia grubasa przebranego za gadającą waginę.

- Łapać go !!. – wrzasnął dżentelmen przyozdobiony w gęstwinę kolorowych penisów. 

Biegnąc słyszałem stek odprowadzających mnie przekleństw. Wreszcie stanąłem zdyszany.

- No jeśli wy idioci mordujecie nawet wasze kijanki…. – wycedziłem.

Dopiero teraz dostrzegłem śluzę i uspokajający zachód słońca. Spojrzałem gwałtownie na płytkie wody dolnego kanału. Wśród błękitu hałaśliwych samców żaby moczarowej ujrzałem niepozorną, brązową samiczkę, z rozwagą przebierającą w amantach. Gwałtownie skoczyłem w tym kierunku, odrywając jej ciało  od przemokniętej powierzchni starego pnia. Bez zastanowienia przywarłem ustami do jej pyszczka, wysysając z niej cały prokreacyjny erotyzm. Nagle w oczach mi pociemniało. Poczułem jakby ktoś wpakował mnie w próżniowe opakowanie i wyssał dostępne w nim powietrze. Niebywały ból. Krótkie wewnętrzne detonacje, które kąsały moje trzewia. I nagle spokój,  kojąca cisza. 

Gdy emocje opadły dostrzegłem istotę nad wyraz piękną, trzymaną przeze mnie w żabich, lazurowych ramionach. Po raz ostatni tego roku nadąłem swój rezonator, patrząc z dumą na moją omdlałą oblubienicę.

- Mój Książe. – wyszeptała, przymykając bezpiecznie powieki. – Zostań ze mną – dodała cichutko.

- Nigdzie się nie wybieram najdroższa – odrzekłem nienaturalnie stanowczo.