Skandal wybuchł po prześwietleniu oświadczeń majątkowych posłów, którzy są również w zarządzie partii Razem. Okazuje się, że w ostatnich miesiącach zarabiali około 30 tys. zł miesięcznie z tytułu zatrudnienia w partii.

 

W najnowszym oświadczeniu majątkowym Pauliny Matysiak z 29 maja czytamy, że jej dochód z tytułu stanowiska w partii Razem wyniósł ponad 201 tys. zł. W poprzednim oświadczeniu majątkowym z 30 października ubiegłego roku była to suma ponad 21 tys. zł.

 

W majowym oświadczeniu posła Macieja Koniecznego również widnieje niemała kwota – 199 tys. zł. W listopadzie było to niecałe 50 tys. zł.

 

Wiceprzewodnicząca klubu parlamentarnego Lewica Marcelina Zawisza – jako „członkini Zarządu Krajowego Razem" - zarobiła ponad 200 tys. zł. Wcześniej była to kwota niecałych 50 tys. zł.

 

Chcą walczyć z „obscenicznymi premiami"

 

Tymczasem zaledwie dwa miesiące temu partia Razem chciała walczyć z „obscenicznymi premiami" wśród prezesów. Adrian Zandberg 29 kwietnia w Sejmie przemawiał na ten temat stanowiska klubu Lewicy do pierwszego czytania rządowego projektu ustawy o udzielaniu pomocy publicznej w celu ratowania lub restrukturyzacji przedsiębiorców

 

- Skoro wydajemy publiczne pieniądze, to trzeba uczciwie porozmawiać o celach i warunkach tej pomocy. Tego w tej ustawie brakuje. Nie wolno powtórzyć błędów z przeszłości, kiedy uspołeczniono straty, a zyski trafiły do kieszeni najbogatszych - mówił Adrian Zandberg.

 

- Tam, gdzie płynie pomoc, powinien obowiązywać kategoryczny zakaz wypłaty premii i dodatkowych bonusów dla zarządu. Już teraz słyszymy, że firmy obcinają pensje pracownikom, ale zarządy wypłacają sobie wynagrodzenia bez zmian. To jest niemoralne i niedopuszczalne. Poprzedni kryzys pokazał, że pomoc musi być kontrolowana. Inaczej, zamiast na ratowanie miejsc pracy, kasa trafi do prywatnych kieszeni. Jeśli ktoś sięga po publiczne środki, to znaczy, że czas obscenicznych wynagrodzeń dla zarządu się skończył – przekonywał szef partii Razem.

Oprócz tego działacze partii wspominali, że planują przedstawić projekt „pensji maksymalnej". Miałaby ona być powiązana ze średnim wynagrodzeniem. Projekt jednak nie został nigdy przedstawiony.


Jawny komunizm i hipokryzja

- Jestem komunistą z Razem i jest nas niezliczona ilość – deklarował działacz partii Razem Łukasz Moll na portalu strajk.eu w grudniu 2017 roku. Sprawa wywołała niemałe oburzenie społeczne. Jednak za jawne propagowanie komunizmu nikt nie poniósł odpowiedzialności.

Ciężko jednak na serio traktować hasła o „równości", „dbaniu o pracowników" czy „walce z wyzyskiem", gdy członkowie zarządu składki członkowskie i subwencje wydają na gigantyczne wypłaty dla samych siebie. Niejeden „burżuj" czy „prywaciarz" pozazdrościłby wypłaty około 30 tys. zł bezpośrednio na swoje konto.

Prawda jest jednak taka, że zawsze ruchy komunistyczne i lewicowe opierały się na takich właśnie hasłach. I dokładnie tak samo podchodziły do praktycznego wcielania w życie swoich haseł – żyjąc zdecydowanie powyżej „średniej" w kraju. Komuniści bowiem używali w praktyce frustracji klasy niższej oraz ludzi ubogich, by wykorzystywać ich do swoich celów, tzn. zwiększenia władzy, a więc również stanu posiadania i wpływania na ludzi.

 

Dziwi tylko, że w latach 20. XXI wieku nadal jest liczna grupa ludzi, którzy sądzą, że może być inaczej. Na kandydata Lewicy, Roberta Biedronia zagłosowało procentowo mało wyborców, bo jedynie 2,22 proc. Pod tym małym ułamkiem społeczeństwa, kryje się jednak ponad 432 tys. osób, które najwyraźniej wierzą, że chodzi o ich dobro, a nie możliwość wypłacania wielkich wypłat szefom partii.