Miejscowość tę trudno nazwać wsią z prawdziwego zdarzenia. Tubylców żyjących tu od pokoleń jak na lekarstwo; znacząca większość tutejszych przeniosła się z miast, głównie z Warszawy. Tam pracują i tam podwożą do szkół swoje dzieci, tutaj mają swoje domy. Co się stało, że są tak stanowczo przeciwni aktualnej rzeczywistości? Niełatwe pytanie, jednak od czego reporterski niuch? Może odpowiedź da się poznać wypróbowaną metodą: rozmową z obserwatorkami bytowania sąsiadów, zwanymi potocznie babami przy płocie lub bardziej nowocześnie: wiejskim monitoringiem. Innym miejscem pozyskania informacji jest sklep, typowy dla wsi punt wymiany plotek i ciekawostek.

Niestety, pierwsze źródło, czyli ów wiejski monitoring, nie wchodziło w grę. Kobiet przy płotach nie było. Płotów zresztą też. Wzdłuż głównej ulicy i krótkich jej odnóg widniały wyłącznie wysokie ogrodzenia, większość bogata, zdobna w wymyślne, kosztujące kupę forsy dodatki, strzeżone przez kamery. Bo i było czego strzec. Poza jednym, dosłownie jednym wyjątkiem budynku steranego latami użytkowania, z dachem nadal okrytym eternitem i podwórkiem pełnym kur, reszta przywodziła na myśl wizję świata zasiedlonego wyłącznie przez ludzi z grubo wypchanymi kabzami.

Tego się, przyznam, nie spodziewałam. Sądziłam, że pomimo wszystko będzie to wieś. Miast niej zobaczyłam willową osadę, gdzie co jak co ale bieda nie ma dostępu. Przez kilometr pałac za pałacem, na oko warte po kilka milionów. Niektóre o wystroju dawnego dworku, inne przypominały bungalowy z amerykańskich filmów o dzielnicach bogaczy lub mini zamki w stylu tych francuskich nad Loarą. Z tyłu, w ogrodach, baseny. A że pora była popołudniowa, podjazdy dźwigały rzędy samochodów. Jakiej marki i jak drogich – nie mam pojęcia. Kompletnie się na tym nie znam.

Jedno pewne: tu jest bogactwo. Nasuwało się niemal samorzutnie pytanie: skąd ludzie mają aż taką kasę? Cóż, nie zajrzymy im w portfele. Jeśli umieli zarobić, ich prawo. Jeśli zarobić mogli, widocznie nie było ku temu przeszkód. Ale również oni, jak parę milionów innych obywateli, pobierają bez mrugnięcia okiem dodatek na dzieci, zaś starsi przedstawiciele ich rodzin 13 – tą emeryturę. Co więc tak im przeszkadza, że cierpią niechęć do zmian? Że parskają na rzeczywistość? Czego jeszcze, poza szansą bogacenia się, pragną? Źle im nie jest, choć widać to nie wystarcza. Tęsknią za tym co minęło. Dlaczego? Łatwiej było się bogacić? A może, to też przychodzi do głowy, kraść? Krzyczą o nękaniu przez reżim, o demokracji. Nie mają jej? No, chyba że idzie o niezgodę na stawianie znaku obywatelskiej równości między nimi a tą częścią społeczeństwa, która stara się związać koniec z końcem, okryć ciągle za krótką finansową kołdrą. Częścią społeczeństwa przez „elity” uważaną za przekupną ciemnotę, za „ordynarne ryje”, za durnych i niewiele pojmujących wąsatych Januszów z Podkarpacia. Wszak taki jest sposób myślenia ludzi z kręgu „wybrańców”, także tych finansowych.

Rozmowa pod sklepem – trafiłam na czterech mężczyzn z pobliskiego przysiółka – nieco mi to rozjaśniło. Dowiedziałam się, że ci co tu osiedli po części wywodzą się z rodzin dawnych aktywistów komuny, po części są to byli prominenci średniego szczebla związani z poprzednią władzą. To właśnie wpłynęło na ich styl życia, na ich zasoby materialne, na ich wybory. Dlatego popierają byłych hojnych dawców dóbr, tęsknią do czegoś, co niegdyś zdefiniowała reżyserka Holland, mówiąc, że chodzi o to, aby było tak jak było.

Pod wieczór z ulgą wróciłam do mojej wsi. Normalnej, pracowitej, bez wielkopańskiego zadęcia i pogardy wobec słabszych. Nękane przez reżim biedactwa zostawiłam szczęśliwie za sobą. Ot, mała letnia przygoda gdzieś w Polsce…

Zuzanna Śliwa