Na podstawie badań ankieterów ogłoszono, że ludzie wykształceni głosują na Rafała a niewykształceni na Andrzeja. Odbiorcy przyjęli to za fakt, pomimo że nie mamy pewności czy ankietowani nie kłamali i wyniki badań ankietowych są zgodne z prawdą (a nie tylko z deklaracjami respondentów).

Rafał nie pamiętał lub kłamał, twierdząc podczas jednej z konferencji, że nie był posłem (choć był), że nie głosował (choć głosował). Po drugiej turze umizgiwał się do elektoratu narodowców, choć niewiele wcześniej chciał (w typowym dla lewicy i liberałów antydemokratycznym duchu) odbierać tym narodowcom prawo do zrzeszania się (delegalizując ich organizacje), odbierać patriotom wolność słowa i zgromadzeń (zakazując im organizacji patriotycznych demonstracji). Takie mijanie się z prawdą wyborcom Rafał nie przeszkadzało, więc można zadać pytanie, czy prawda (czyli zgodność słów z rzeczywistością) jest dla nich absolutną. Można więc podejrzewać, że nie wszyscy wyborcy deklarujący ankieterom, że mają wyższe wykształcenie, takie wykształcenie mieli.

Takie deklaracje na wyrost nie byłyby niczym dziwnym. Jeden z lewicowych prezydentów publicznie kłamał na temat swojego wykształcenia (nie ponosząc za to oczywiście ani odpowiedzialności prawnej, ani towarzyskiej). Wśród liberałów jednym z autorytetów był profesor nieposiadający nawet matury. Celebryci pomstujący na wyborców PiS mających ich zdaniem być prostakami bez wykształcenia, kupionymi za 500+, niezwykle często sami nie mają wyższego wykształcenia.

Odnoszę wrażenie, że niektórzy wyborcy liberalni (kulturowo lewicowi), odrzucający wartości konserwatywne i przywiązanie do polskości, uważają, że z racji swoich wyborów politycznych przynależą do elity, i z racji przynależności do elity, tego, że są razem z celebrytami i autorytetami, mają wyższe (życiowe) wykształcenie, i żadne papierki im nie są do stwierdzenia wyższego wykształcenia potrzebne. Może droga awansu społecznego pokazuje postkomunistyczny charakter III RP — tak jak w PRL „nie matura a chęć szczera robi z ciebie oficera”, tak w postkomunistycznej III RP o tym, kto ma wyższe wykształcenie, decyduje nie jakiś dyplom, pięć lat studiów, setki egzaminów, tylko nominacja ze strony liberalnych mediów (liberalnych, czyli sprzecznych z klasycznym XVIII liberalizmem).

Kiedy nie możemy być pewni deklaracji respondentów, dla których może liczy się bardziej ich subiektywne odczucie o środowisku, do którego należą, niż fakty, to pewnikiem są wyniki wyborów osób aresztowanych (z aresztów) i skazanych (z zakładów karnych) głosujących w odizolowanych komisjach wyborczych.

Niestety nie są to pełne wyniki, bo żyjemy w kraju, w którym tym, co mają publiczne pieniądze, się nie chce (może z lenistwa lub premedytacji — by nie upubliczniać niewygodnych faktów) przeprowadzić całościowych badań nad wyborami i motywami wyborów politycznych dokonywanych przez oskarżonych i skazanych.

Możemy zakładać (bo znowu trudno znaleźć dane o tym, kim są skazani, jakie mają wykształcenia, jakimi wartościami się kierują), że skazani to ludzie świadomie odrzucający podstawowe normy moralne takie jak nie kradnij, nie zabijaj, nie krzywdź, nie dokonuj gwałtów, nie oszukuj – dokonujący wstrętnych czynów, których zdecydowana większość ludzi nie byłaby zdolna dokonać. Społeczność żyjąca zdecydowanie odmiennym kodeksem moralnym do ludzi niewchodzących w konflikt z prawem.

Niezwykłym fenomenem jest to, co wynika z danych dostępnych na portalach informacyjnych. Można się z nich dowiedzieć, że i w pierwszej i w drugiej turze aresztowani i skazani głosowali drastycznie odmiennie od reszty polskiego społeczeństwa. Podczas gdy Polacy w pierwszej i drugiej turze poparli Dudę, to aresztowani i skazani poparli Trzaskowskiego i to zdecydowanie. Duda pod celą się nie liczył. Podobnie i inni kandydaci (np. Bosak) otrzymali za kratami mniejszy odsetek głosów niż na wolności. Jedynie Szymon Hołownia miał za kratami podobne poparcie jak poza zakładami karnymi i aresztami.

Wyniki z aresztów i zakładów karnych prezentowane w mediach są tym bardziej ciekawe, że nie są to deklaracje wyborców dawane ankieterom (które mogą mijać się z prawdą), ale faktyczne wyniki z odizolowanych społeczności, które nie są zanieczyszczane z zewnątrz (np. głosami osób mieszkających w pobliżu aresztów i zakładów karnych).

Moim zdaniem fenomen wyników wyborów w aresztach i zakładach karnych zasługuje na całościowe zbadanie. Warto było poznać wyniki ze wszystkich placówek i motywacje kierujące osobami, które odrzucają normy moralne. Mogłoby się wydawać, że rozkład głosów w aresztach i zakładach karnych powinien być zbliżony do rozkładu głosów wśród reszty mieszkańców naszego kraju. Tak jednak nie jest. Rozkład poparcia dla kandydatów w kolejnych wyborach jest drastycznie odmienny i ta odmienność, jej skala, przyczyny, są niezwykle ciekawe. Ciekawe jest też to, czy kryminalistów i liberalne elity łączy wspólny stosunek do norm moralnych, czy tylko jest to przypadkowa zbieżność.

 

Jan Bodakowski